|
Blue Hour
The Blue Hour to solowy projekt zamieszkałego w Seattle Briana Hodgesa, niegdyś członka gotyckiej grupy Black Atmosphere. Debiutancki album The Blue Hour "Evensong" ukazał się przed kilkoma miesiącami nakładem firmy Perun. Płytę wypełniają nastrojowe, natchnione, żarliwe neofolkowe ballady, utrzymane w klimacie kompozycji Sol Invictus, In Gowang Ring, Eyeless In Gaza. Poniżej rozmowa z Brianem. Artysta miał do powiedzenia wiele interesujących rzeczy na temat neofolku, europejskiego dziedzictwa kulturowego, swojej twórczości, sceny gotyckiej...
Brian, byłeś członkiem gotyckiej grupy Black Atmosphere. Teraz objawiłeś się jako autor folkowych piosenek. Czyżbyś odkrył swoją prawdziwą naturę balladzisty? Czy uważasz, że wizerunek samotnego człowieka z gitarą jest archetypem obrazu muzyka?
To była zupełnie naturalna zmiana, jako że zawsze komponowałem muzykę w pojedynkę. Nigdy nie byłem dobry w zespołowym dżemowaniu czy improwizacjach. Lubię tworzyć samotnie, a potem prezentować efekty mej pracy innym. Dla mnie człowiek z gitarą jest jak pisarz lub filozof z piórem i kartką papieru lub jak malarz z paletą barw. Ten układ odzwierciedla najbardziej naturalny początek twórczego procesu. Odnosi się do aktu samorealizacji artysty, jest manifestacją jego indywidualności, bez wchodzenia w jakiekolwiek relacje z otoczeniem, bez poddawania się presji oczekiwań innych. To czysty proces.
W tradycji szamańskiej szaman podróżuje pomiędzy różnymi planami egzystencji, korzystając z pojedynczego instrumentu. Zwykle taki instrument utożsamiamy z bębnem, podczas gdy w praktyce dobry jest każdy instrument, który pomaga szamanowi wejść w trans. Bardzo poruszył mnie niegdyś wizerunek syberyjskiego szamana, wprowadzającego się w stan transu poprzez grę na akustycznej gitarze. Tak właśnie się czuję, gdy komponuję muzykę. Znajduję kilka akordów i powtarzam je aż do momentu, gdy popadnę w stan półświadomości. Wtedy odnajduję słowa i wizje, które staram się zawrzeć w mej pieśni.
Wolę raczej myśleć o sobie jako o kontynuatorze tradycji bardów niż jak o członku zespołu rockowego. Tradycja ballady została zachowana w społeczności europejskiej jako część naturalnego, kulturowego dziedzictwa. Tymczasem popkultura, przeciwnie, jest czymś sztucznym i dlatego musi być "sprzedawana" konsumentom.
Rzeczy proste są piękne. Nie cierpię przeładowanych, rockowych produkcji, z tych ich migającymi światłami i fantazyjnymi ciuszkami muzyków. Dla mnie to jak posypywanie przyprawami gówna. Posolone czy nie, i tak to będzie gówno!
Jak ci się wydaje, dlaczego neofolk stał się tak popularny wśród części undergroundowej publiczności, szczególnie tej wywodzącej się ze sceny industrialnej i gotyckiej? Czy wiąże się to tylko z modą, a może jest to związane z duchowymi poszukiwaniami?
Ruch gotycki wiąże się z potrzebą wyrażenia swej indywidualności, co oznacza odłączenie się jednostki od obowiązującego, wiodącego nurtu. Pierwszym krokiem jest sprzeciwienie się obowiązującym normom poprzez swój nietypowy wygląd. Po pewnym czasie to przestaje wystarczać i człowiek zaczyna poszukiwać głębszych treści.
W moim odczuciu neofolk to muzyka ludzi poszukujących wartości duchowych. Wielu spośród artystów z tego kręgu próbuje poprzez muzykę zobrazować efekty swoich duchowych, oraz tych skierowanych na zewnątrz, poszukiwań. Ich silne przywiązanie do kultury Europy wydaje się decydującym dla całego neofolkowego ruchu. To oczywiste, jako że zdecydowana większość spośród nich jest albo europejskiego pochodzenia, albo mieszka w Europie. Próbując określić swoją duchową przynależność, ludzie w naturalny sposób zwracają się do swej własnej historii i kultury.
Kim jestem? Z pochodzenia jestem Europejczykiem. Moja rodzina wywodzi się z Wielkiej Brytanii (z Wyspy Man, Szkocji, Irlandii i Anglii). Ja żyję w (culture-less) USA, ale jestem zdecydowanie przeciwny zastępowaniu kultury jej skomercjalizowanym odpowiednikiem. Czuję silną więź z europejską tradycją i kulturą.
cały wywiad dostępny jedynie w wersji papierowej (Cold nr 2)
|