|
|
|
One
inch of shadow – birthday of angels and mannequins |
|
|
|
Second Perun release after The Blue Hour, and this is even
better. One Inch of Shadow are a Polish quartet author of several DIY cd-r's
and a single published by Polish label Nefryt; they've also contributed to
the Cynfeirdd compilation "Songs of Landeric". No neo-folk here,
though. Try and think of a fragile, intimistic song structure dissolved and
dilated into an original form of psychedelic ambience. If I had to make a
comparison, I'd say this sounds like the repertoire of a new wave band played
by Sigur Ros, Labradford or some other Kranky artist, but this might be
misleading too. There's an Italian project called Noosfera which is not that
different from OIOS. Perun rightly writes: "Perfect, autumnal soundtrack
to the picture of falling leaves and seething, rainy clouds". Chrysalids
of songs which stretch their time in iterations and suspensions, sometimes
magically building themselves around a single loop ("Things to
change"), some others held in a slightly menacing wait
("Salt"). "Naked Gallows" has a dark dub cadence not that
far from Pan American, while "Mannequin song" drifts away on piano
and trumpet notes in a seemingly endless, half-voiced lament. An individual
and extremely satisfactory release, coming in a nice layout, with separate
panels featuring paintings and postcard-like layout with lyrics. |
|
Eugenio Maggi
(chaindlk.com) |
|
|
|
Ta muzyka jest tak ulotna i przewiewna, że miejscami można
odnieść wrażenie, że jej podstawowym komponentem jest
powietrze. Na pozór nic tu nie atakuje słuchacza: zamglony rytm,
rozproszone, syntezatorowe tła, z rzadka rozrzucone
pociągnięcia gitary, skrzypiec i wyciszone głosy, tworzą
oniryczną warstwę dźwięku, którą miejscami trudno
odróżnić od ciszy. Zresztą całe granie jest tutaj tak
leniwe i oszczędne, że muzyka momentami naprawdę zdaje
się rozpływać w atmosferze i zanikać... Ale czy
rzeczywiście? One Inch Of Shadow to grupa wyrastająca z okolic
occult folku i jak na occult folk przystało, najważniejsza jest tu
atmosfera. Ta zaś daleka jest od sennego błogostanu.
Niepokojące melorecytacje, rozrzucone tu i ówdzie szepty, trochę
pulsujące i trochę narastające wybrzmienia instrumentów
roztaczają aurę niepokoju i uczucie klaustrofobii; spokój
dźwięków potęguje narastający z minuty na minutę
lęk i nerwowość. Trochę tak, jakby ktoś chciał uaktywnić
tą muzyką nasze własne traumy i fobie... Charakter tej muzyki dobrze
zresztą oddaje tytuł płyty: anioły narodziły
się w powietrzu (tak przynajmniej pisano w średniowieczu, a ja nie
mam powodów, żeby temu nie wierzyć), zaś manekiny w fabryce.
Unikając już górnolotnych opisów, można powiedzieć,
że akcja płyty rozgrywa się gdzieś pomiędzy
ambientem, piwniczną psychodelią a klasycznym occult folkiem.
Między Brianem Eno a Current 93? Muszę przyznać, że z
tego kręgu muzycznego, jest to najlepsza płyta jaką ostatnio
słyszałem. Słyszałem i widziałem, bo okładka,
składająca się z czterech dołączonych osobno
obrazków - kartek pocztowych, to już prawdziwe dzieło, idealnie
zresztą oddające ducha tej muzyki. |
|
wow (nuta.pl) |
|
|
|
Znany
z cdrowych realizacji zespół doczekał się wreszcie oficjalnego
wydawnictwa - zasłużona dla rodzimego undergroundu
wytwórnia Perun opublikowała ich pełnowymiarowy CD. OIOS
przedstawia nam nostalgiczną suitę, w której dominuje ambientalna
elektronika wzbogacana brzmieniami standardowych instrumentów. Są
gitary, bass, głosy, fortepian, czasem didgeridoo, jest czarowanie
perkusjonaliami... Z albumu emanuje spokój, zrównoważenie,
porządek, stabilizacja... Dźwięki płyną leniwie
czerpiąc często z tradycji niemieckich krautrockowców, czasem z
sylvianowatego popu, stylistyki Legendarnych Kropek (momentami bardzo
wyraznie) czy, w bardziej zakręconych fragmentach, Coila lub Tac. Bardzo
dobra, bezwzględnie nocna muzyka. Piekielnie smutna płyta. |
|
JL ( gaz-eta’) |
|
|
|
Miło jest od czasu do
czasu zarekomendować jakieś nowe polskie wydawnictwo. Jeszcze
bardziej miło, gdy materiał na nich zawarty jest rzeczywiście
na tyle wartościowy, że można go polecić nie tylko ze
względu na jego polskie pochodzenie. Grupa ONE INCH OF SHADOW od dawna
błąkała się w naszej czasoprzestrzeni nie mogąc
sobie znaleźć odpowiedniego miejsca i dopiero warszawskie
wydawnictwo PERUN zadbało o to, by ich niezwykle delikatne kompozycje
nie odbijały się jedynie echem gdzieś pomiędzy
oczekiwaniem i niespełnieniem. Tym oczekiwaniem była nadzieja,
że być może uda im się uchwycić potęgę
nicości i zakląć ją w ascetycznym trwaniu w duszy
obiorcy. I tak nadzieja spełniła się w postaci albumu
"THE BIRTHDAY OF ANGELS AND MANEQUINES" wyszeptanych
dźwiękowych czarów. Muzyka soul tego stulecia. |
|
(Darkzone) |
|
|
|
The
second release of the Perun label, after "Evensong" by The Blue
Hour. One Inch of Shadow is a Polish band, which I first encountered on the
Cynfeirdd compilation "Songs for Landeric". They also issued some cd-r's
and a single before. Now they have created their first official album,
"Birthday of Angels and Mannequines". I was directly attracted by
the artwork on the cover and the accompanying postcards, very charming, naive
colourful paintings. The music also reminds me of paintings, the songs are
carefully built up impressionist compositions, a little foggy and mysterious. |
|
(Funprox) |
|
|
|
Perun to kolejna wytwórnia
prowadzona przez Maniaka (zaiste, niezły z niego "maniak";]) i
kolejna znakomita płyta, którą mam dzięki temu
możliwośc słuchać. One Inch Of Shadow to grupa nieco
bardziej znana, niż Exit ale z pewnością nadal zbyt mało
doceniona. Istnieje od 1995 i jak sami muzycy twierdzą ich muzyka
"ewoluowała od radykalnego industrialu przez eteryczny
postindustrial aby przybrać formę melancholijnych piosenek o
psychodeliczno nowofalowym zabarwieniu". I tak jest w istocie. Album
"The Birthday of Angels and Mannequines" to zbiór onirycznych
kolaży muzycznych wyłaniających się jakby z za mgły
słów, które oplatając całośc tworzą
niezwykłą mozaikę dźwięków nie przypominających
jednoznacznie żadnego konkretnego stylu muzycznego. I samo to można
już uznać za wystarczającą rekomendację dla
płyty. Tworzenie muzyki, której nie można przyporządkować
do żadnego konkretnego gatunku ale od której jednocześnie nie
można się oderwać jest marzeniem chyba każdego artysty. I
właśnie formacji One Inch Of Shadow ta sztuka się udała.
Strzępy głosów, dźwięki użytego na płycie
instrumentarium (perkusja, trąbka, syntezatory) zawieszone w przestrzeni
jakby między jawą a snem, między piekłem a niebem
hipnotyzują i mogą wprowadzać w stan odurzenia, do którego
osiągnięcia poza muzyka One Inch Of Shadow, chwilą skupienia i
odpowiednio wyostrzonymi zmysłami nic więcej nie jest potrzebne.
Niepowtarzalne doznania z pogranicza sztuki i metafizyki to wrażenia
jakie pozostają po wysłuchaniu albumu "The Birthday of Angels
and Mannequines". Ta płyta to konieczność (podobnie jak
Exit). [10] |
|
26.11.2002 |
|
|
|
I had already
noticed One Inch Of Shadow on the Cynfeirdd edition "Songs For
Landeric". Only a few days after hearing for the first time this recent
Perun edition I perceived that this project has already a few CDR. In
general, this CD is ambiental with distant and whispered voices that afford
good introspective moments. Although emerging in a field with so many offers,
this edition stands out due to the immensity of instruments/sound used that
make it very rich and enriching. |
|
(Dagaz music) |
|
|
One inch of shadow – index of angels
|
|
|
|
|
|
Malachit – to nowy “oddział” Nefrytu wydający CDRy
wyłącznie o średnicy 8 cm. Ładnie wydane i z muzyką
– jak dotąd – która powinna wędrować na nasze półki. Z
tym, że jest kłopot aby ustawić je pośród normalnych rozmiarów
CD. Pierwsze cztery CD z tej wytwórni oferują nam muzykę, które
korzenie tkwią w post-industrialnej, industrialnej i noise muzyce.
Każdy z nich charakteryzuje się swoją
indywidualnością i odrębnością, innym stosunkiem do
tradycji i eksperymentu i inną namiętnością. Ten obszar
muzyki w Polsce niestety owocuje zbyt często wpadkami i prostackimi
pomysłami które są efektem myślenia naszych twórców, że
tego typu muzyce nie jest potrzebny warsztat muzyczny. A jest akurat
odwrotnie. Właśnie w post-industrialnych wyrafinowanych
kompozycjach elektro-akustycznych potrzeba aby twórca, oprócz charyzmatu
własnej osobowości, posiadał również porządny
warsztat muzyczny, który umożliwi mu panowanie nad kompozycją,
również panowanie nad jej brakiem, oraz świadomość
twórczą. Cztery pozycje Malachitu pokazują nam udane
kompozycje.(...) |
|
ONE INCH OF SHADOW, to wznowienie płyty kiedyś wydanej w 10
egz. przez Cat Sun. Jest to połączenie przekazu płynącego
z melodeklamacji poezji, który jest wspierany przez nieco tajemniczą i
rytualną muzykę elektroniczną ale czasami
odwołującą się do tradycji bardziej konwencjonalnych form
post-psychodelicznych.(...) |
Henryk Palczewski
(ARS 2 # 34)
ONE
INCH OF SHADOW's "index of angels" is a re-release of an old
material that once came out in a very limited edition of a handful,
literally, of copies on the band's own imprint Cat Sun. At that time the band
simply didn't imagine there being any reasons to producing more copies. Their
back catalogue is admittedly substantial but most of it are CD-Rs made for
the sake of the band's themselves and the friends of theirs, only a few
titles meant for wider distribution. Some time ago ONE INCH OF SHADOW were acclaimed
a sort of sensation in Poland, they were rumoured to release something on the
renowned OBUH Records, but nothing came out of that and to me the appraisals seemed
overrated. "index of angels", however, hits the bull's eye, with
its perfect balance of good ideas and the playing time, apparently not kept
in case of their full-time albums. These guys play songs, lo-fi, low-paced,
ethereal songs that creep mistily evoking atmosphere which in parts reminds
of the one some of COIL albums evoke, especially both volumes of "Musick
to Play in the Dark" or some works by Ka-Spel, be it solo or with the
Dots. The bad thing is I can feel too much of juvenile manner of a
grief-stricken artist that makes desperate efforts to express his
Weltschmerz. It doesn't make it a bad record, though. Sitting up in the
middle of the night, I can't but deem it a good listen. These guys also have
some solo- and side-projects (BRASIL, RAWSKI) which I'm told are also quite
interesting (haven't heard them myself) and announce a brand new album,
"Birthday of Angels and Mannequins" on Perun label. przemek chojnacki (Eld Rich Palmer) |
|
one inch of shadow - diving
orpheus |
|
|
|
Zremasterowane
wznowienie pierwszej płyty zespołu, która była nagrana w
latach 1997-99, oryginalnie wydana w 2000. Wznowienie, to tym przypadku
bardzo sensowne posunięcie, bo ta pierwsza edycja była drastycznie
limitowana do 10 (!) kopii. Przyczyną tak niskiego nakładu
były m.in. materiały zastosowane do wykonania okładki – metal
i kamienie półszlachetne. Dla mnie to pierwsze spotkanie z tym
nagraniem, więc nie wiem, czy i jak bardzo mastering
wpłynął na samą muzykę. Tak, czy owak jestem
zaskoczony, bo jeśli mam być szczery, to spodziewałem się
nieco naiwnych prób, niejako wstępu do wspaniałej płyty “Storm
Is A Wave Of Solitude” (od niej zaczęła się moja przygoda z
muzyką tego zespołu) i sam nie wiem dlaczego? Może dlatego,
że jeden z jej autorów, który wręczył mi ten egzemplarz osobiście,
okazał się bardzo młodym człowiekiem? Muzyka sprzed 4-5
lat okazała się jednak bardzo dojrzała i do tego posiada
(przepraszam za wyrażenie) młodzieńczą
spontaniczność. OIOS nie wymyślił żadnego nowego
stylu, łaczy psychodelię, delikatny, wysublimowany trans,
ambient... Proste, acz różnorodne środki, piękne, nostalgiczne
melodie i magiczne pejzaże po prostu urzekają. Lubię tak
kreowaną przestrzeń i takie piosenki |
|
Jarecki |
|
|
|
one
inch of shadow - storm is a wave of solitude |
|
|
|
Prawdziwa rewelacja! Dwóch młodych ludzi
z Legionowa pod Warszawą tworzy taką muzykę, że gały
wychodzą na wierzch. Jest to dark ambient, a w przypadku konkretnie tego
wydawnictwa – piosenki darkambientowe. Jeśli kojarzycie „Dark Lights of
Water” Speara, to omawiana poniżej pozycja zawiera dokonania podobnego
kalibru. Nagrania zostały zarejestrowane w domu na kiepskiej
jakości sprzęcie, strach więc pomyśleć, co
będzie, gdy grupa będzie miała do dyspozycji sprzęt z
prawdziwego zdarzenia, skoro nawet w takich warunkach muzycy skonstruowali
muzyczną bombę. Panowie Elfaniel i Myrrhman tkają swoje ulotne
opowieści wielce oszczędnymi środkami. Zaledwie kilka
dźwięków, jeden powtarzający się motyw, śpiewne
melorecytacje, a atmosfera taka, że unosi mnie razem z fotelem pod sufit
pokoju. Chłopaki słuchają Coila, Currenta 93, Legendary Pink
Dots i są to świetne punkty wyjściowe dla ich osobistych
poszukiwań.Płyta jest wydana domowymi środkami, ale jej forma
przewyższa niejedno „fabryczne” wydawnictwo. Bozia obdarzyła
twórców nie tylko talentami muzycznymi, ale i plastycznymi. Każda z
okładek płyty jest ręcznie malowana (na stronie tytułowej
słońce – na każdej obwolucie inne), w środku
znajdują się teksty piosenek i krótka proza. Całość
wygląda zabójczo. Radzę zamawiać. Dodam jeszcze, że dwie,
a właściwie trzy firmy szykują się do wydania oficjalnych
płyt zespołu. |
|
maniac |
|
|
|
Wielce obiecujacy
debiut, który przyszedł kompletnie z nikąd. Aż się
dziwię iż tej grupy nie odkrył OBUH, bowiem jedyne zjawiska,
do których na rodzimym gruncie można odnieść OIS to dokonania
ZA Siódmą Górą, Księżyc i Spear. OIOS wpisuje się w
tę piękną tradycję europejskiego undergroundu, który jest
raczej kontynuacją artystycznych ruchów minionego przełomu wieków
(od symbolizmu do surrealizmu) niż męczeniem amerykańskiej
muzyczki zwanej rock & rollem. Ze współczesnych zjawisk
światowych płaszczyznę tego rodzaju dokonań wyznacza
sztuka Coil, Current 93. Ich mózykę przypomina OIOS w swych najlepszych
momentach. W tych słabszych zaś, każe myśleć o
Legendary Pink Dots. Wysublimowana nostalgia, eteryczna, oniryczna muzyka z
przecięcia psychodelii i postindustrialnego preparu. Metoda twórcza OIOS
odsyła z kolei do najlepszych tradycji niemieckiej psychodelii
przełomu lat 60. i 70. (w czym po części tkwi sekret
powodzenia grupy) OIOS improwizują w domowym studiu, na bazie
instrumentów własnej konstrukcji, łączących prostą
elektronikę z żywiołem etno, z surowych warunków pracy
czynią pomost ku oryginalnemu brzmieniu . Jedyne zastrzeżenie budzi
przezierający przez tę muzykę nieco naiwny, wyestetyzowany,
młodzieńczy weltschmerz. Oby nie stał się manierą.
Tak czy inaczej odkrycie. A już myślałem, że jedyne nowe
polskie grupy to inicjatywy hip hopowe. |
|
Rafał Księżyk (Antena krzyku) |
|
One
inch of shadow - solitude is a waveing sea
Pod tym, nie do końca poprawnym
tytułem („waveing”??) kryją się aż cztery niejako
powiązane ze sobą płyty księżycowe. Ponieważ
jednak szczegółowe opisanie czterech godzin materiału
wymagałoby co najmniej obszernego eseju lub rozprawki, skupię
się jedynie na pierwszym krążku opatrzonym powyższym
tytułem. Stylistycznie „Solitude is a waveing sea” jest kontynuacją
poprzedniego albumu „Storm is a wave of solitude”, jednakże mimo braku
zdecydowanej progresji jest także płytą lepszą. O ile
bowiem nie zmienił się zasadniczo sam „przepis” na tworzenie muzyki
(czyli monotonny podkład i dużo przestrzeni wypełnianej powoli
kolejnymi plamami dźwiękowymi, pogłosami, itp.), to dobór
środków jest zdecydowanie trafniejszy. Bardziej zróżnicowane i nie
męczące słuchacza tła oraz ciekawsze efekty
dźwiękowe, dozowane w doskonale wyważonych proporcjach
czynią „Solitude is a waveing sea” płytą po prostu
ciekawszą. One Inch… zręcznie balansują na granicy antymuzyki
i piosenki, co z kolei sprawia, że „Solitude is a waveing sea”
słucha się dość przyjemnie, a dźwięki zdają
się płynąć wypełniając przestrzeń
kosmiczną (księżycową?) atmosferą. Gorzej jest
niestety z wokalami, które moim zdaniem stanowiły także
największą bolączkę pierwszej płyty, głównie
dlatego że do takiej muzyki ciężko w ogóle jest dopasować
aranżacje głosowe. U One Inch… dobrze wypadają deklamacje,
szepty, ale śpiew… cóż, do tego po prostu trzeba mieć
głos. Nie zmienia to faktu, że „Solitude…” jest płytą
naprawdę fajną i dość przystępną, a
okrzyknięci jedną z nadziei rodzimego dark-ambient One Inch Of Shadow
wreszcie zaczynają nadzieje te spełniać. Artur
Szarecki (Independent) |
|
One
Iinch of Shadow |
|
|
|
Odzwierciedlają ten etap jego ewolucji, gdy
zaczął funkcjonować jako rozproszona scena utkana z
bazujących na "wypalarkach" CD-R-ów inicjatyw z serii
"zrób to sam". - Wiele naszych
nagrań kończy się odgłosem wyłączanego
magnetofonu, były to niekończące się improwizacje.
Zapadaliśmy w oczyszczający trans. Przez długi czas miało
to dla nas znaczenie terapeutyczne - opowiada Elfaniel, który wraz z
Myrhmanem tworzy duet One Inch Of Shadow. - Traktujemy zespół jak
całościową wizję, muzyka jest na pierwszym planie, ale
ważna jest też cała otoczka. Działamy też na innych
polach - ja plastycznym, Rafał pisze - mówi Myrhman. - Jest to dla nas
przedsięwzięcie mistyczne, oderwanie od tego świata. Zmienia nas
jako osoby, niczym w procesie alchemicznym. Na początku postawili sobie
założenie, żeby grać coś pomiędzy wczesnym Pink
Floyd a Joy Division. Potem muzyka zaczęła ulegać coraz
większej sublimacji. Kiedyś na każdej próbie graliśmy
coś innego, teraz jesteśmy bliżej tego, o co nam chodzi,
zmiany są wolniejsze i trudniejsze dla nas. Wszystkie nagrania OIOS
powstają na żywo, niekiedy improwizują do wcześniej
przygotowanych podkładów. Zanim powstanie utwór, nie wiedzą, jak
będzie brzmiał - czy stanie się piosenką czy
długą improwizacją. Z ograniczonych możliwości
sprzętowych uczynili atut owocujący niepowtarzalnym brzmieniem. Ta
metoda pracy - i jej charyzmatyczne efekty - każą myśleć
o twórczych strategiach psychodelicznej niemieckiej awangardy przełomu
lat 60. i 70. - Do tej pory nie potrafimy
grać. Mamy bardzo prymitywny sampler z dziecinnego syntezatora Yamahy,
stare polskie organy Student i Eltronik, które brzmią jak analogowy
syntezator. Loopy robimy za pomocą discmana. Do tego etniczne
instrumenty wykonane przez nas samych - didjeridoo, przeszkadzajki,
wiolonczela zbudowana własnoręcznie na bazie gitary elektrycznej.
Parę efektów, prosty mikser. Wspomagamy się adapterami, radiem,
zapętlonymi taśmami, komputerem Commodore 64 używanym zamiast
syntezatora. OIOS wpisuje się w tę tradycję europejskiego undergroundu,
który jest raczej kontynuacją artystycznych ruchów minionego
przełomu wieków (od symbolizmu po surrealizm) niż męczeniem
amerykańskiego rock'n'rolla. Ze współczesnych zjawisk
światowych blisko stąd do Coil, Current 93, Legendary Pink Dots.
OIOS łączy z nimi wysublimowana nostalgia, oniryczna muzyka z
przecięcia psychodelii i postindustrialnego preparu. |
|
Rafał Księżyk
(Machina) |
|
|
|
mirt – rain in city of myrrh and forget-me-not |
|
|
|
Mirt to połowa (lub czwarta część, zależy
jak na to patrzeć) zespołu One Inch of Shadow, i jest to ta
część odpowiedzialna za brzmienie i muzyczne podkłady. I
to słychać, bowiem Mirt porusza się po tych samych rejonach co
One Inch of Shadow. Jest więc minimalistycznie i krańcowo cicho.
Gdy słucham "Sea", więcej dźwięków dochodzi zza
mojego okna od strony pobliskiej Trasy Toruńskiej niż wydobywa
się z głośników odtwarzacza. Charakteryzując muzykę
zawartą na "Sea", nie sposób nie użyć takich
określeń jak minimal ambient czy postindustrial, choć sam Mirt
z prostych definicji najwyżej ceni termin neopsychodelia. I ostatecznie
można się z tym zgodzić, mając na myśli dokonania niektórych
krautrockowców czy wykonawców takich jak Legendary Pink Dots, Nurse With
Wound i Coil. Do dźwiękowych podkładów doskonale pasują
szeptane wokale, które potęgują tajemniczy, nocny klimat muzyki.
Muzyczne impresje Mirta rysowane są bardzo delikatnym piórkiem i
wydają się lekkie jak puch, który od jednego słabego
dmuchnięcia potrafi wzbić się wysoko w powietrze. Podobnie,
gdzieś w stronę kosmicznej przestrzeni, podążają
dźwięki generowane przez Mirta, zbyt lekkie, by trzymać
się ziemskiej skorupy. Oczywiście, jak zawsze wprzypadku
nagrań udostępnianych przez Mirtową oficynę Cat Sun,
równie ważna jak muzyka wydaje się być oprawa plastyczna. Ja
co prawda mam dość nietypowy egzemplarz płyty, bo jeden z 10
zaprojektowanych w formie pudełka, ale opiszę go, by oddać
całą otoczkę wydawnictwa. No więc mamy kartonowe
pudełko o wymiarach około 8/15 cm, gdzie wieczko z obydwu stron
zdobią zdjęcia ze starych magazynów, w środku mamy
przegródkę z nalepioną kolejną fotografią. A w bocznej
przegródce zgniecioną kartkę z tekstami i dwa klucze - jeden
żelazny, a drugi wycięty z twardego kartonu. To robi wrażenie. |
|
maniac (cold) |
|
|
|
Solowy projekt muzyka z One Inch Of Shadow. Ciepły,
intymny,nostalgiczny dark ambient. Balansuje pomiędzy tradycjami psychodelii
i postindustrialu ŕ la Edward Ka Spel a nowoczesną formułą,
która wnosi dubowy groove i wyczulenie na filigranowe szczegóły.
Kojąco-buczące zalane deszczem, oniryczne wielkomiejskie
kołysanki. I, jak przystało na oficynę Cat Sun
wystrzałowa oprawa z mikroalbumem grafik artysty. |
|
Rafał
Księżyk (Activist) |
|
|
|
mirt – journey through the city or six strange signs in molnar’s diary |
|
|
|
To już drugi solowy materiał, w tak krótkim odstępie
czasu, jednego z filarów One Inch Of Shadow. Mirt alias Myrrhman jest
jednocześnie szefem Cat Sun Release a także osobą
odpowiedzialną za graficzną stronę wydawnictw. Trzeba tu
dodać tym, co nie widzieli, że okładki robią bardzo
pozytywne wrażenie. Obecnie wizualnie kolejne płyty są do
siebie podobne – eleganckie kartoniki w różnych kolorach, jednego
formatu, z grafiką Mirta w środku. Wyjątkiem są tylko
pierwsze egzemplarze, posiadające bardzo specjalną oprawę,
sposób chowania płyty, itp. Muzyka. Mirt sięga do tego, co ma pod
ręką, po stary sprzęt elektroniczny (Vermona, Student,
Eltronic ...), który u wielu budzi (i słusznie) obrzydzenie, sięga
po gdzieś znalezioną trąbkę, flet, bas, gitarę.
Jednak brzmienie “Journey...” nie wzięło się znikąd. To właśnie
owa “przypadkowość” je sprawiła. Stylistyka nie jest bardzo
odległa od tego, |
|
którą znamy z OIOS, ale mimo to
doświadczamy zupełnie nowego przeżycia. Sprawia to
zbliżenie się do estetyki spod znaku tzw. “nowej elektroniki” i
położenie większego nacisku na rytm. Zresztą nawet jeśli
macie wszystkie ich płyty, pierwszą Mirta i Brasil (patrz recenzja
w poprzednim Coldzie) to i tak ten album trzeba mieć, choćby ze
względu na dwa utwory: “In The Cab Once Again”, który przybliża mi
klimat nieodżałowanej grupy Księżyc, oraz “Poppies And
Look At The Sky” - bliższy estetyce postrockowej, ze wspaniałym
rytmem i pulsacją, których mogą pozazdrościć wszyscy
wykonawcy z tego kręgu. Dla mnie lepsze od solowego debiutu. Mirt
mówił mi o zamiarze wydania nagrań terenowych, tzw. fields
recordings, z zapisem spacerów w towarzystwie przenośnego minidiscu.
Już ostrzę sobie zęby! |
|
Jarecki
(cold) |
|
|
|
brasil
– wander till spring cat sun
2002 |
|
|
|
Brasil jest nowym wcieleniem duetu One Inch Of Shadow, który dał
się poznać z licznych realizacji własnej oficyny Cat Sun Records.
CDR-owe płyty oprawione rękodzielniczo to jedne z najbardziej
stylowych designersko polskich wydawnictw undergroundowych. muzycznie
zespół coraz dojrzalej penetruje improwizatorsko-medytacyjny wymiar
psychodelii, z noworomantyczno-gotyckimi echami lat 80. Zaczynali pod znakiem
inspiracji Legendary Pink Dots, w warunkach domowego studia uzyskali koloryt
krautrockowej psychodelii, a abstrakcyjne granie przesycili neurotycznym
romantyzmem. W miarę rozwoju sytuacji ich muzyka zyskuje przestrzeń
i |
|
motorykę korespondujące ze współczesną
elektroniką, nie tracąc na bogactwie domowych brzmień.
Wszystkie te wątki zbiera „Wander”, płyta rozleniwiona i
melancholijna lokująca – niczym kiedyś Talk Talk czy Sylvian –
swą subtelną konstrukcję na pograniczu ciszy. Nie wszyscy
strawią tę zbolałą i omdlałą
emocjonalność, niemniej twórcy imponują swą
wytrwałością na outsiderskiej ścieżce. Rafał Księżyk (Antena krzyku) |
|
|
|
dominic
savio – „...while his grandson was sleeping...” |
|
|
|
Tym razem pierwsze solowe wydawnictwo wokalisty One Inch Of Shadow.
To muzyka bardzo ciepła, subtelna, pełna tęsknoty za
czymś utraconym, a może raczej za czymś niespełnionym.
Polecam ją szczególnie fanom wspólnych dokonań niezapomnianych
duetów: Steven Stapleton & David Tibet (pamiętna “The Sadness Of
Things”) i “Morderczych Ballad” autorstwa Micka Harrisa i Martina Batesa. Nie
brakuje też nostalgii charakterystycznej dla Davida Sylviana.
Przestrzenne szepty, cicha elektronika w tle, oszczędnie użyte
brzmienia akustyczne, oraz gitara, która chwilami jest wiodącym
instrumentem. Ten konwencji wymyka się tylko namiętny “Keep The
Guards At Your Backdoor” z wyraźniej zaznaczonym rytmem i chwilami
donioślejszym głosem. Umieszczony został w samym środku
płyty, ale tak naprawdę klimat podczas słuchania nie zostaje
zmieniony. Na jakby drugim biegunie leży kończący album “The
Song”, o którym autor napisał, że jest ot utwór tradycyjny.
Kołysanka niczym z “All The Pretty Horses” Current 93, która po chwili
ciszy przerodzi się w kosmiczno-psychodeliczne elektroniczne
kolaże. Może dużo było tych porównań, ale
specyficzne brzmienie sprawia, że odbiera się tą
płytę jednak jako dość oryginalną. |
|
Jarecki (Cold) |
|
|
|
Sporo na tej płycie słów i słychać sporo
głosu. W końcu jest to
solowa płyta wokalisty zespołu One Inch Of Shadow... A wiec mamy recytacje tajemniczych
tekstów, często podszeptane czy odśpiewane (całość
po angielsku) a jako ich tło muzykę składającą
się najczęściej z kilku prostych warstw (czy to glosy, instrumenty
akustyczne czy elektronika) które przechodzą stopniowe, powolne
zmiany. Czasem pojawia się
stały rytm, ale nawet wtedy muzyka rozpływa i rozmazuje się
jak akwarele. Jest to jedna z najmniej czadowych i najmniej przejrzystych
płyt, które kiedykolwiek słyszałem. Za to jest bardzo tajemnicza.
Spokojny, melancholijny nastrój wypływa z głośników,
ale nie mogę powiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Przypomina mi to trochę niektóre
płyty gitarzystów takich, jak Jandek czy Loren MazzaCane Connors - kilka
powolnych nut czy akordów i cichy głos, który mówi nam cos, czego i tak
nie zrozumiemy - choć oczywiście w wersji niegitarowej i
niebluesowej. |
|
d.
smolken (Cold) |
|
|
|
b.a.u.d. – dobranoc psy! cat sun
2002 |
|
|
|
Zaskakujący debiut tajemniczego artysty. B.A.U.D. pojawił
się znikąd i nawet wydawca nie wie, kim jest rzeczony osobnik. Dobranoc psy!” przekonują
właściwie od pierwszego słuchania. Zabawa z taśmami,
loopami i zapętlonymi głosami, ale i gitara, i klarnet, i elektroniczne
samograje. Rytm, transik, szczypta mroku, niepokoju i tajemnicy, ale i
przestrzeń, i melodie, i lekkość frazy i brzmienia. Fale
bijące o brzeg, odgłosy kochającej się pary, a zaraz
potem dzwoneczki w uprzęży świętego Mikołaja i
sapnięcia japońskiego samuraja. Surrealistyczny kolaż
mający ręce i nogi, klimat i brzmienie. Tajemniczy Don Pedro,
szpieg z Krainy Deszczowców, w muzyce dla frików (i fraków?). |
|
maniak (cold) dead raven choir
|
|
Oto jak dźwiękowa sielanka
łatwo przeradza się w horror. Mr. Smolken (więcej o nim w
wywiadzie, a recenzje jego autorstwa gdzieś obok) używa zestawu
instrumentów złożonego z kontrabasu, mandoliny, akustycznej gitary
i banjo. Powinno być więc nastrojowo, pastelowo i ogólnie
pięknie. Nic z tego. Smolken lubi dysonanse, fałszywie
brzmiące akordy, dziwne powiązania melodyczne. Muzyka, jaka
wychodzi spod jego palców, ma w sobie coś pociągającego, ale
jednocześnie zdrowo straszy. Moim zdaniem idealnie nadawałaby
się do nowych odcinków kultowych bajek: „Gucia i Cezara”, oraz najbardziej psychodelicznej spośród
wszystkich dobranocek: „Opowieści
z mchu i paproci”. Ma rację Smolken, mówiąc, że jeśli
to, co robi, to neofolk, to zdecydowanie awangardowej i barbarzyńskiej
odmiany. Na pewno nie jest to muzyka, która niezauważenie rozpływa
się w powietrzu. Przede wszystkim, pomijając samą warstwę
instrumentalną, nie pozwala na to głos Smolkena. Ten facet,
szczególnie ostro akcentując głoskę „r”, tworzy z języka
angielskiego jego zbarbaryzowaną parodię. Słowa
artykułowane przez artystę aż drażnią uszy.
Zaglądając na stronę Dead Raven Choir na mp3.com, mogłem
przekonać się również, jak Smolken śpiewa po polsku. „O
mój rozmarynie” w jego wykonaniu powoduje zapewne więdnięcie
kwiatów. Zresztą przekonajcie się sami i zajrzyjcie ma jego
stroniczkę. Swoją drogą to ciężkie życie
mają w tym Teksasie: z jednej strony country and western, z drugiej Dead
Raven Choir... Maniac (cold) Przesyłka z USA, dokładnie z Teksasu,
była dla mnie o tyle miłym zaskoczeniem, iż okazało
się, że mam do czynienia z „Krakowiakiem, który spędził
drugą połowę życia w Teksasie” – jak sam pisze. Gdzie to
naszych rodaków nie poniesie... Miłe jest, Ze i na teksańskich
ziemiach niosą się, prócz country, monumentalne, zadumane
pieśni. DRCH to rejony bliskie apokaliptycznej muzyce, pełnej grozy
i zadumy. To dźwięki z półki dark folku, poetyckiej onirii,
uśpionych wizji. To muzyka rozpościerająca się
gdzieś pomiędzy world serpentowską ziemią a postmetalowym
(aczkolwiek żadnego metalowego dźwięku tu nie
uświadczymy) wytworem. Są to pieśni pełne mrocznego
dźwięku – uspokojona ułagodzona Diamanda Galas, i
eksperymentujący Nick Cave się przemieszali tu i ówdzie. Wszystko
to ze wskazaniem na raczej pompatyczną linię czarnych,
budzących dreszcze pieśni. Spójny koncepcyjny CDR. Myślę,
że dla miłośników dark neofolku może to być
niezła uczta. Plusem jest bardzo dobra realizacja i czyste
nawiązania etniczne. Problemem jest niewyraźne pismo „Krakowiaka” i
nieaktualny e-mail podany we wkładce (chodzi o wydanie amerykańskie
płyty – przypis mirt), przez co nie udaje mi się uzyskać z nim
żadnego kontaktu. Wiem natomiast, że inne materiały
zostały wydane przez Simona Williamsa: hatemail@dark-black.com. Krótka
przejażdżka po bardzo emocjonalnych, mrocznych dróżkach. Artur Mieczkowski (Antena krzyku) |