One inch of shadow – birthday of angels and mannequins

 

 

Second Perun release after The Blue Hour, and this is even better. One Inch of Shadow are a Polish quartet author of several DIY cd-r's and a single published by Polish label Nefryt; they've also contributed to the Cynfeirdd compilation "Songs of Landeric". No neo-folk here, though. Try and think of a fragile, intimistic song structure dissolved and dilated into an original form of psychedelic ambience. If I had to make a comparison, I'd say this sounds like the repertoire of a new wave band played by Sigur Ros, Labradford or some other Kranky artist, but this might be misleading too. There's an Italian project called Noosfera which is not that different from OIOS. Perun rightly writes: "Perfect, autumnal soundtrack to the picture of falling leaves and seething, rainy clouds". Chrysalids of songs which stretch their time in iterations and suspensions, sometimes magically building themselves around a single loop ("Things to change"), some others held in a slightly menacing wait ("Salt"). "Naked Gallows" has a dark dub cadence not that far from Pan American, while "Mannequin song" drifts away on piano and trumpet notes in a seemingly endless, half-voiced lament. An individual and extremely satisfactory release, coming in a nice layout, with separate panels featuring paintings and postcard-like layout with lyrics.

Eugenio Maggi  (chaindlk.com)

 

Ta muzyka jest tak ulotna i przewiewna, że miejscami można odnieść wrażenie, że jej podstawowym komponentem jest powietrze. Na pozór nic tu nie atakuje słuchacza: zamglony rytm, rozproszone, syntezatorowe tła, z rzadka rozrzucone pociągnięcia gitary, skrzypiec i wyciszone głosy, tworzą oniryczną warstwę dźwięku, którą miejscami trudno odróżnić od ciszy. Zresztą całe granie jest tutaj tak leniwe i oszczędne, że muzyka momentami naprawdę zdaje się rozpływać w atmosferze i zanikać... Ale czy rzeczywiście? One Inch Of Shadow to grupa wyrastająca z okolic occult folku i jak na occult folk przystało, najważniejsza jest tu atmosfera. Ta zaś daleka jest od sennego błogostanu. Niepokojące melorecytacje, rozrzucone tu i ówdzie szepty, trochę pulsujące i trochę narastające wybrzmienia instrumentów roztaczają aurę niepokoju i uczucie klaustrofobii; spokój dźwięków potęguje narastający z minuty na minutę lęk i nerwowość. Trochę tak, jakby ktoś chciał uaktywnić tą muzyką nasze własne traumy i fobie... Charakter tej muzyki dobrze zresztą oddaje tytuł płyty: anioły narodziły się w powietrzu (tak przynajmniej pisano w średniowieczu, a ja nie mam powodów, żeby temu nie wierzyć), zaś manekiny w fabryce. Unikając już górnolotnych opisów, można powiedzieć, że akcja płyty rozgrywa się gdzieś pomiędzy ambientem, piwniczną psychodelią a klasycznym occult folkiem. Między Brianem Eno a Current 93? Muszę przyznać, że z tego kręgu muzycznego, jest to najlepsza płyta jaką ostatnio słyszałem. Słyszałem i widziałem, bo okładka, składająca się z czterech dołączonych osobno obrazków - kartek pocztowych, to już prawdziwe dzieło, idealnie zresztą oddające ducha tej muzyki.

wow (nuta.pl)

 

Znany z cdrowych realizacji zespół doczekał się wreszcie oficjalnego wydawnictwa -  zasłużona dla rodzimego undergroundu wytwórnia Perun opublikowała ich pełnowymiarowy CD. OIOS przedstawia nam nostalgiczną suitę, w której dominuje ambientalna elektronika wzbogacana brzmieniami standardowych instrumentów. Są gitary, bass, głosy, fortepian, czasem didgeridoo, jest czarowanie perkusjonaliami... Z albumu emanuje spokój, zrównoważenie, porządek, stabilizacja... Dźwięki płyną leniwie czerpiąc często z tradycji niemieckich krautrockowców, czasem z sylvianowatego popu, stylistyki Legendarnych Kropek (momentami bardzo wyraznie) czy, w bardziej zakręconych fragmentach, Coila lub Tac. Bardzo dobra, bezwzględnie nocna muzyka. Piekielnie smutna płyta.

JL ( gaz-eta’)

 

Miło jest od czasu do czasu zarekomendować jakieś nowe polskie wydawnictwo. Jeszcze bardziej miło, gdy materiał na nich zawarty jest rzeczywiście na tyle wartościowy, że można go polecić nie tylko ze względu na jego polskie pochodzenie. Grupa ONE INCH OF SHADOW od dawna błąkała się w naszej czasoprzestrzeni nie mogąc sobie znaleźć odpowiedniego miejsca i dopiero warszawskie wydawnictwo PERUN zadbało o to, by ich niezwykle delikatne kompozycje nie odbijały się jedynie echem gdzieś pomiędzy oczekiwaniem i niespełnieniem. Tym oczekiwaniem była nadzieja, że być może uda im się uchwycić potęgę nicości i zakląć ją w ascetycznym trwaniu w duszy obiorcy. I tak nadzieja spełniła się w postaci albumu "THE BIRTHDAY OF ANGELS AND MANEQUINES" wyszeptanych dźwiękowych czarów. Muzyka soul tego stulecia.

(Darkzone)

 

The second release of the Perun label, after "Evensong" by The Blue Hour. One Inch of Shadow is a Polish band, which I first encountered on the Cynfeirdd compilation "Songs for Landeric". They also issued some cd-r's and a single before. Now they have created their first official album, "Birthday of Angels and Mannequines". I was directly attracted by the artwork on the cover and the accompanying postcards, very charming, naive colourful paintings. The music also reminds me of paintings, the songs are carefully built up impressionist compositions, a little foggy and mysterious.
The music of One Inch of Shadow reminds me a little of The Blue Hour, sounding rather tranquil and quite modest. Another act that comes to mind is In Gowan Ring. The styles and influences of One Inch of Shadow are more diverse though. A little jazzy here, a bit folky there, add some psychedelic or ethereal elements and a few drops of ethnic ambient and you get a varied palette of pleasantly relaxed music. The songs are dominantly instrumental, though some contain mostly whispered vocals. A few of the instruments used are piano, acoustic guitar, percussion, a soft trumpet and various strange effects. The result is quit cinematic, being able to stimulate your fantasy. Not an album that stands out for its individual tracks, but it delivers an hour of fine subtle music. Ideal for introspective moments, to listen to when you are retreated into a little corner..

(Funprox)

 

Perun to kolejna wytwórnia prowadzona przez Maniaka (zaiste, niezły z niego "maniak";]) i kolejna znakomita płyta, którą mam dzięki temu możliwośc słuchać. One Inch Of Shadow to grupa nieco bardziej znana, niż Exit ale z pewnością nadal zbyt mało doceniona. Istnieje od 1995 i jak sami muzycy twierdzą ich muzyka "ewoluowała od radykalnego industrialu przez eteryczny postindustrial aby przybrać formę melancholijnych piosenek o psychodeliczno nowofalowym zabarwieniu". I tak jest w istocie. Album "The Birthday of Angels and Mannequines" to zbiór onirycznych kolaży muzycznych wyłaniających się jakby z za mgły słów, które oplatając całośc tworzą niezwykłą mozaikę dźwięków nie przypominających jednoznacznie żadnego konkretnego stylu muzycznego. I samo to można już uznać za wystarczającą rekomendację dla płyty. Tworzenie muzyki, której nie można przyporządkować do żadnego konkretnego gatunku ale od której jednocześnie nie można się oderwać jest marzeniem chyba każdego artysty. I właśnie formacji One Inch Of Shadow ta sztuka się udała. Strzępy głosów, dźwięki użytego na płycie instrumentarium (perkusja, trąbka, syntezatory) zawieszone w przestrzeni jakby między jawą a snem, między piekłem a niebem hipnotyzują i mogą wprowadzać w stan odurzenia, do którego osiągnięcia poza muzyka One Inch Of Shadow, chwilą skupienia i odpowiednio wyostrzonymi zmysłami nic więcej nie jest potrzebne. Niepowtarzalne doznania z pogranicza sztuki i metafizyki to wrażenia jakie pozostają po wysłuchaniu albumu "The Birthday of Angels and Mannequines". Ta płyta to konieczność (podobnie jak Exit). [10]

26.11.2002
[Andrzej]  (Alternativepop.art.pl)

 

I had already noticed One Inch Of Shadow on the Cynfeirdd edition "Songs For Landeric". Only a few days after hearing for the first time this recent Perun edition I perceived that this project has already a few CDR. In general, this CD is ambiental with distant and whispered voices that afford good introspective moments. Although emerging in a field with so many offers, this edition stands out due to the immensity of instruments/sound used that make it very rich and enriching.

(Dagaz music)

 

One inch of shadow – index of angels

 

 

Malachit – to nowy “oddział” Nefrytu wydający CDRy wyłącznie o średnicy 8 cm. Ładnie wydane i z muzyką – jak dotąd – która powinna wędrować na nasze półki. Z tym, że jest kłopot aby ustawić je pośród normalnych rozmiarów CD. Pierwsze cztery CD z tej wytwórni oferują nam muzykę, które korzenie tkwią w post-industrialnej, industrialnej i noise muzyce. Każdy z nich charakteryzuje się swoją indywidualnością i odrębnością, innym stosunkiem do tradycji i eksperymentu i inną namiętnością. Ten obszar muzyki w Polsce niestety owocuje zbyt często wpadkami i prostackimi pomysłami które są efektem myślenia naszych twórców, że tego typu muzyce nie jest potrzebny warsztat muzyczny. A jest akurat odwrotnie. Właśnie w post-industrialnych wyrafinowanych kompozycjach elektro-akustycznych potrzeba aby twórca, oprócz charyzmatu własnej osobowości, posiadał również porządny warsztat muzyczny, który umożliwi mu panowanie nad kompozycją, również panowanie nad jej brakiem, oraz świadomość twórczą. Cztery pozycje Malachitu pokazują nam udane kompozycje.(...)

ONE INCH OF SHADOW, to wznowienie płyty kiedyś wydanej w 10 egz. przez Cat Sun. Jest to połączenie przekazu płynącego z melodeklamacji poezji, który jest wspierany przez nieco tajemniczą i rytualną muzykę elektroniczną ale czasami odwołującą się do tradycji bardziej konwencjonalnych form post-psychodelicznych.(...)

Henryk Palczewski  (ARS 2 # 34)

 

ONE INCH OF SHADOW's "index of angels" is a re-release of an old material that once came out in a very limited edition of a handful, literally, of copies on the band's own imprint Cat Sun. At that time the band simply didn't imagine there being any reasons to producing more copies. Their back catalogue is admittedly substantial but most of it are CD-Rs made for the sake of the band's themselves and the friends of theirs, only a few titles meant for wider distribution. Some time ago ONE INCH OF SHADOW were acclaimed a sort of sensation in Poland, they were rumoured to release something on the renowned OBUH Records, but nothing came out of that and to me the appraisals seemed overrated. "index of angels", however, hits the bull's eye, with its perfect balance of good ideas and the playing time, apparently not kept in case of their full-time albums. These guys play songs, lo-fi, low-paced, ethereal songs that creep mistily evoking atmosphere which in parts reminds of the one some of COIL albums evoke, especially both volumes of "Musick to Play in the Dark" or some works by Ka-Spel, be it solo or with the Dots. The bad thing is I can feel too much of juvenile manner of a grief-stricken artist that makes desperate efforts to express his Weltschmerz. It doesn't make it a bad record, though. Sitting up in the middle of the night, I can't but deem it a good listen. These guys also have some solo- and side-projects (BRASIL, RAWSKI) which I'm told are also quite interesting (haven't heard them myself) and announce a brand new album, "Birthday of Angels and Mannequins" on Perun label.

przemek chojnacki (Eld Rich Palmer)

 

one inch of shadow - diving orpheus

 

 

Zremasterowane wznowienie pierwszej płyty zespołu, która była nagrana w latach 1997-99, oryginalnie wydana w 2000. Wznowienie, to tym przypadku bardzo sensowne posunięcie, bo ta pierwsza edycja była drastycznie limitowana do 10 (!) kopii. Przyczyną tak niskiego nakładu były m.in. materiały zastosowane do wykonania okładki – metal i kamienie półszlachetne. Dla mnie to pierwsze spotkanie z tym nagraniem, więc nie wiem, czy i jak bardzo mastering wpłynął na samą muzykę. Tak, czy owak jestem zaskoczony, bo jeśli mam być szczery, to spodziewałem się nieco naiwnych prób, niejako wstępu do wspaniałej płyty “Storm Is A Wave Of Solitude” (od niej zaczęła się moja przygoda z muzyką tego zespołu) i sam nie wiem dlaczego? Może dlatego, że jeden z jej autorów, który wręczył mi ten egzemplarz osobiście, okazał się bardzo młodym człowiekiem? Muzyka sprzed 4-5 lat okazała się jednak bardzo dojrzała i do tego posiada (przepraszam za wyrażenie) młodzieńczą spontaniczność. OIOS nie wymyślił żadnego nowego stylu, łaczy psychodelię, delikatny, wysublimowany trans, ambient... Proste, acz różnorodne środki, piękne, nostalgiczne melodie i magiczne pejzaże po prostu urzekają. Lubię tak kreowaną przestrzeń i takie piosenki

Jarecki

 

one inch of shadow - storm is a wave of solitude

 

 

Prawdziwa rewelacja! Dwóch młodych ludzi z Legionowa pod Warszawą tworzy taką muzykę, że gały wychodzą na wierzch. Jest to dark ambient, a w przypadku konkretnie tego wydawnictwa – piosenki darkambientowe. Jeśli kojarzycie „Dark Lights of Water” Speara, to omawiana poniżej pozycja zawiera dokonania podobnego kalibru. Nagrania zostały zarejestrowane w domu na kiepskiej jakości sprzęcie, strach więc pomyśleć, co będzie, gdy grupa będzie miała do dyspozycji sprzęt z prawdziwego zdarzenia, skoro nawet w takich warunkach muzycy skonstruowali muzyczną bombę. Panowie Elfaniel i Myrrhman tkają swoje ulotne opowieści wielce oszczędnymi środkami. Zaledwie kilka dźwięków, jeden powtarzający się motyw, śpiewne melorecytacje, a atmosfera taka, że unosi mnie razem z fotelem pod sufit pokoju. Chłopaki słuchają Coila, Currenta 93, Legendary Pink Dots i są to świetne punkty wyjściowe dla ich osobistych poszukiwań.Płyta jest wydana domowymi środkami, ale jej forma przewyższa niejedno „fabryczne” wydawnictwo. Bozia obdarzyła twórców nie tylko talentami muzycznymi, ale i plastycznymi. Każda z okładek płyty jest ręcznie malowana (na stronie tytułowej słońce – na każdej obwolucie inne), w środku znajdują się teksty piosenek i krótka proza. Całość wygląda zabójczo. Radzę zamawiać. Dodam jeszcze, że dwie, a właściwie trzy firmy szykują się do wydania oficjalnych płyt zespołu.

maniac

 

Wielce obiecujacy debiut, który przyszedł kompletnie z nikąd. Aż się dziwię iż tej grupy nie odkrył OBUH, bowiem jedyne zjawiska, do których na rodzimym gruncie można odnieść OIS to dokonania ZA Siódmą Górą, Księżyc i Spear. OIOS wpisuje się w tę piękną tradycję europejskiego undergroundu, który jest raczej kontynuacją artystycznych ruchów minionego przełomu wieków (od symbolizmu do surrealizmu) niż męczeniem amerykańskiej muzyczki zwanej rock & rollem. Ze współczesnych zjawisk światowych płaszczyznę tego rodzaju dokonań wyznacza sztuka Coil, Current 93. Ich mózykę przypomina OIOS w swych najlepszych momentach. W tych słabszych zaś, każe myśleć o Legendary Pink Dots. Wysublimowana nostalgia, eteryczna, oniryczna muzyka z przecięcia psychodelii i postindustrialnego preparu. Metoda twórcza OIOS odsyła z kolei do najlepszych tradycji niemieckiej psychodelii przełomu lat 60. i 70. (w czym po części tkwi sekret powodzenia grupy) OIOS improwizują w domowym studiu, na bazie instrumentów własnej konstrukcji, łączących prostą elektronikę z żywiołem etno, z surowych warunków pracy czynią pomost ku oryginalnemu brzmieniu . Jedyne zastrzeżenie budzi przezierający przez tę muzykę nieco naiwny, wyestetyzowany, młodzieńczy weltschmerz. Oby nie stał się manierą. Tak czy inaczej odkrycie. A już myślałem, że jedyne nowe polskie grupy to inicjatywy hip hopowe.

Rafał Księżyk (Antena krzyku)

 

One inch of shadow  - solitude is a waveing sea

 

 

Pod tym, nie do końca poprawnym tytułem („waveing”??) kryją się aż cztery niejako powiązane ze sobą płyty księżycowe. Ponieważ jednak szczegółowe opisanie czterech godzin materiału wymagałoby co najmniej obszernego eseju lub rozprawki, skupię się jedynie na pierwszym krążku opatrzonym powyższym tytułem. Stylistycznie „Solitude is a waveing sea” jest kontynuacją poprzedniego albumu „Storm is a wave of solitude”, jednakże mimo braku zdecydowanej progresji jest także płytą lepszą. O ile bowiem nie zmienił się zasadniczo sam „przepis” na tworzenie muzyki (czyli monotonny podkład i dużo przestrzeni wypełnianej powoli kolejnymi plamami dźwiękowymi, pogłosami, itp.), to dobór środków jest zdecydowanie trafniejszy. Bardziej zróżnicowane i nie męczące słuchacza tła oraz ciekawsze efekty dźwiękowe, dozowane w doskonale wyważonych proporcjach czynią „Solitude is a waveing sea” płytą po prostu ciekawszą. One Inch… zręcznie balansują na granicy antymuzyki i piosenki, co z kolei sprawia, że „Solitude is a waveing sea” słucha się dość przyjemnie, a dźwięki zdają się płynąć wypełniając przestrzeń kosmiczną (księżycową?) atmosferą. Gorzej jest niestety z wokalami, które moim zdaniem stanowiły także największą bolączkę pierwszej płyty, głównie dlatego że do takiej muzyki ciężko w ogóle jest dopasować aranżacje głosowe. U One Inch… dobrze wypadają deklamacje, szepty, ale śpiew… cóż, do tego po prostu trzeba mieć głos. Nie zmienia to faktu, że „Solitude…” jest płytą naprawdę fajną i dość przystępną, a okrzyknięci jedną z nadziei rodzimego dark-ambient One Inch Of Shadow wreszcie zaczynają nadzieje te spełniać.

Artur Szarecki (Independent)

 

One Iinch of Shadow

 

Odzwierciedlają ten etap jego ewolucji, gdy zaczął funkcjonować jako rozproszona scena utkana z bazujących na "wypalarkach" CD-R-ów inicjatyw z serii "zrób to sam".

Przez pięć pierwszych lat grali wyłącznie dla siebie. Próby traktowali z namaszczeniem, jak koncerty. Wszystkie rejestrowali. W rezultacie mają ponad 200 kaset - każdą z innym materiałem, każdą opatrzoną własną, ręcznie wykonaną okładką. Swą pierwszą płytę ujawnili przypadkiem i tylko wybrańcom. Rozmawiali o muzyce z właścicielem warszawskiego sklepu dla koneserów - "Hey Joe", ten poprosił o nagrania, a gdy je usłyszał, namówił ich na wydanie płyty. Debiutancki album One Inch of Shadow ukazał się w nakładzie... 10 sztuk i został wyprzedany w "Hey Joe" w ciągu jednego dnia. Dodruku nie będzie. Materiał został wydany w wykutych z metalu i wysadzanych kamieniami kopertach. Ich wykonanie trwało kilka dni. Jest za to druga płyta, Storm Is A Wave Of Solitude, która ukazała się w lipcu - również jako rękodzieło - w nakładzie 300 sztuk dystrybuowanych przez "Hey Joe" (wcześniej sklep miał udział w wydaniu materiałów Izraela i Transmisji).

 - Wiele naszych nagrań kończy się odgłosem wyłączanego magnetofonu, były to niekończące się improwizacje. Zapadaliśmy w oczyszczający trans. Przez długi czas miało to dla nas znaczenie terapeutyczne - opowiada Elfaniel, który wraz z Myrhmanem tworzy duet One Inch Of Shadow.

- Traktujemy zespół jak całościową wizję, muzyka jest na pierwszym planie, ale ważna jest też cała otoczka. Działamy też na innych polach - ja plastycznym, Rafał pisze - mówi Myrhman. - Jest to dla nas przedsięwzięcie mistyczne, oderwanie od tego świata. Zmienia nas jako osoby, niczym w procesie alchemicznym. Na początku postawili sobie założenie, żeby grać coś pomiędzy wczesnym Pink Floyd a Joy Division. Potem muzyka zaczęła ulegać coraz większej sublimacji. Kiedyś na każdej próbie graliśmy coś innego, teraz jesteśmy bliżej tego, o co nam chodzi, zmiany są wolniejsze i trudniejsze dla nas. Wszystkie nagrania OIOS powstają na żywo, niekiedy improwizują do wcześniej przygotowanych podkładów. Zanim powstanie utwór, nie wiedzą, jak będzie brzmiał - czy stanie się piosenką czy długą improwizacją. Z ograniczonych możliwości sprzętowych uczynili atut owocujący niepowtarzalnym brzmieniem. Ta metoda pracy - i jej charyzmatyczne efekty - każą myśleć o twórczych strategiach psychodelicznej niemieckiej awangardy przełomu lat 60. i 70.

- Do tej pory nie potrafimy grać. Mamy bardzo prymitywny sampler z dziecinnego syntezatora Yamahy, stare polskie organy Student i Eltronik, które brzmią jak analogowy syntezator. Loopy robimy za pomocą discmana. Do tego etniczne instrumenty wykonane przez nas samych - didjeridoo, przeszkadzajki, wiolonczela zbudowana własnoręcznie na bazie gitary elektrycznej. Parę efektów, prosty mikser. Wspomagamy się adapterami, radiem, zapętlonymi taśmami, komputerem Commodore 64 używanym zamiast syntezatora. OIOS wpisuje się w tę tradycję europejskiego undergroundu, który jest raczej kontynuacją artystycznych ruchów minionego przełomu wieków (od symbolizmu po surrealizm) niż męczeniem amerykańskiego rock'n'rolla. Ze współczesnych zjawisk światowych blisko stąd do Coil, Current 93, Legendary Pink Dots. OIOS łączy z nimi wysublimowana nostalgia, oniryczna muzyka z przecięcia psychodelii i postindustrialnego preparu.
Prywatna utopia OIOS ma jednak swe realne zaplecze, co w połączeniu z frapującą muzyką każe wierzyć, że mamy do czynienia z czymś więcej niż ekspresją młodzieńczego estetyzmu: - Mówią o nas, że jesteśmy dziwni. Jeśli żyje się w Legionowie pośród bloków i za długie włosy można dostać w zęby, to człowiek zaczyna patrzeć krytycznie na świat. To, co nas otacza, nie napawa optymizmem, raczej odrzuca.

Rafał Księżyk (Machina)

 

mirt – rain in city of myrrh and forget-me-not

 

 

Mirt to połowa (lub czwarta część, zależy jak na to patrzeć) zespołu One Inch of Shadow, i jest to ta część odpowiedzialna za brzmienie i muzyczne podkłady. I to słychać, bowiem Mirt porusza się po tych samych rejonach co One Inch of Shadow. Jest więc minimalistycznie i krańcowo cicho. Gdy słucham "Sea", więcej dźwięków dochodzi zza mojego okna od strony pobliskiej Trasy Toruńskiej niż wydobywa się z głośników odtwarzacza. Charakteryzując muzykę zawartą na "Sea", nie sposób nie użyć takich określeń jak minimal ambient czy postindustrial, choć sam Mirt z prostych definicji najwyżej ceni termin neopsychodelia. I ostatecznie można się z tym zgodzić, mając na myśli dokonania niektórych krautrockowców czy wykonawców takich jak Legendary Pink Dots, Nurse With Wound i Coil. Do dźwiękowych podkładów doskonale pasują szeptane wokale, które potęgują tajemniczy, nocny klimat muzyki. Muzyczne impresje Mirta rysowane są bardzo delikatnym piórkiem i wydają się lekkie jak puch, który od jednego słabego dmuchnięcia potrafi wzbić się wysoko w powietrze. Podobnie, gdzieś w stronę kosmicznej przestrzeni, podążają dźwięki generowane przez Mirta, zbyt lekkie, by trzymać się ziemskiej skorupy. Oczywiście, jak zawsze wprzypadku nagrań udostępnianych przez Mirtową oficynę Cat Sun, równie ważna jak muzyka wydaje się być oprawa plastyczna. Ja co prawda mam dość nietypowy egzemplarz płyty, bo jeden z 10 zaprojektowanych w formie pudełka, ale opiszę go, by oddać całą otoczkę wydawnictwa. No więc mamy kartonowe pudełko o wymiarach około 8/15 cm, gdzie wieczko z obydwu stron zdobią zdjęcia ze starych magazynów, w środku mamy przegródkę z nalepioną kolejną fotografią. A w bocznej przegródce zgniecioną kartkę z tekstami i dwa klucze - jeden żelazny, a drugi wycięty z twardego kartonu. To robi wrażenie.

maniac (cold)

 

Solowy projekt muzyka z One Inch Of Shadow. Ciepły, intymny,nostalgiczny dark ambient. Balansuje pomiędzy tradycjami psychodelii i postindustrialu ŕ la Edward Ka Spel a nowoczesną formułą, która wnosi dubowy groove i wyczulenie na filigranowe szczegóły. Kojąco-buczące zalane deszczem, oniryczne wielkomiejskie kołysanki. I, jak przystało na oficynę Cat Sun wystrzałowa oprawa z mikroalbumem grafik artysty.

Rafał Księżyk  (Activist)

 

mirt – journey through the city or six strange signs in molnar’s diary

 

 

To już drugi solowy materiał, w tak krótkim odstępie czasu, jednego z filarów One Inch Of Shadow. Mirt alias Myrrhman jest jednocześnie szefem Cat Sun Release a także osobą odpowiedzialną za graficzną stronę wydawnictw. Trzeba tu dodać tym, co nie widzieli, że okładki robią bardzo pozytywne wrażenie. Obecnie wizualnie kolejne płyty są do siebie podobne – eleganckie kartoniki w różnych kolorach, jednego formatu, z grafiką Mirta w środku. Wyjątkiem są tylko pierwsze egzemplarze, posiadające bardzo specjalną oprawę, sposób chowania płyty, itp. Muzyka. Mirt sięga do tego, co ma pod ręką, po stary sprzęt elektroniczny (Vermona, Student, Eltronic ...), który u wielu budzi (i słusznie) obrzydzenie, sięga po gdzieś znalezioną trąbkę, flet, bas, gitarę. Jednak brzmienie “Journey...” nie wzięło się znikąd. To właśnie owa “przypadkowość” je sprawiła. Stylistyka nie jest bardzo odległa od tego,

którą znamy z OIOS, ale mimo to doświadczamy zupełnie nowego przeżycia. Sprawia to zbliżenie się do estetyki spod znaku tzw. “nowej elektroniki” i położenie większego nacisku na rytm. Zresztą nawet jeśli macie wszystkie ich płyty, pierwszą Mirta i Brasil (patrz recenzja w poprzednim Coldzie) to i tak ten album trzeba mieć, choćby ze względu na dwa utwory: “In The Cab Once Again”, który przybliża mi klimat nieodżałowanej grupy Księżyc, oraz “Poppies And Look At The Sky” - bliższy estetyce postrockowej, ze wspaniałym rytmem i pulsacją, których mogą pozazdrościć wszyscy wykonawcy z tego kręgu. Dla mnie lepsze od solowego debiutu. Mirt mówił mi o zamiarze wydania nagrań terenowych, tzw. fields recordings, z zapisem spacerów w towarzystwie przenośnego minidiscu. Już ostrzę sobie zęby!

Jarecki (cold)

 

brasil – wander till spring  cat sun 2002

 

 

Brasil jest nowym wcieleniem duetu One Inch Of Shadow, który dał się poznać z licznych realizacji własnej oficyny Cat Sun Records. CDR-owe płyty oprawione rękodzielniczo to jedne z najbardziej stylowych designersko polskich wydawnictw undergroundowych. muzycznie zespół coraz dojrzalej penetruje improwizatorsko-medytacyjny wymiar psychodelii, z noworomantyczno-gotyckimi echami lat 80. Zaczynali pod znakiem inspiracji Legendary Pink Dots, w warunkach domowego studia uzyskali koloryt krautrockowej psychodelii, a abstrakcyjne granie przesycili neurotycznym romantyzmem. W miarę rozwoju sytuacji ich muzyka zyskuje przestrzeń i

motorykę korespondujące ze współczesną elektroniką, nie tracąc na bogactwie domowych brzmień. Wszystkie te wątki zbiera „Wander”, płyta rozleniwiona i melancholijna lokująca – niczym kiedyś Talk Talk czy Sylvian – swą subtelną konstrukcję na pograniczu ciszy. Nie wszyscy strawią tę zbolałą i omdlałą emocjonalność, niemniej twórcy imponują swą wytrwałością na outsiderskiej ścieżce. 

Rafał Księżyk (Antena krzyku)

 

dominic savio – „...while his grandson was sleeping...”

 

 

Tym razem pierwsze solowe wydawnictwo wokalisty One Inch Of Shadow. To muzyka bardzo ciepła, subtelna, pełna tęsknoty za czymś utraconym, a może raczej za czymś niespełnionym. Polecam ją szczególnie fanom wspólnych dokonań niezapomnianych duetów: Steven Stapleton & David Tibet (pamiętna “The Sadness Of Things”) i “Morderczych Ballad” autorstwa Micka Harrisa i Martina Batesa. Nie brakuje też nostalgii charakterystycznej dla Davida Sylviana. Przestrzenne szepty, cicha elektronika w tle, oszczędnie użyte brzmienia akustyczne, oraz gitara, która chwilami jest wiodącym instrumentem. Ten konwencji wymyka się tylko namiętny “Keep The Guards At Your Backdoor” z wyraźniej zaznaczonym rytmem i chwilami donioślejszym głosem. Umieszczony został w samym środku płyty, ale tak naprawdę klimat podczas słuchania nie zostaje zmieniony. Na jakby drugim biegunie leży kończący album “The Song”, o którym autor napisał, że jest ot utwór tradycyjny. Kołysanka niczym z “All The Pretty Horses” Current 93, która po chwili ciszy przerodzi się w kosmiczno-psychodeliczne elektroniczne kolaże. Może dużo było tych porównań, ale specyficzne brzmienie sprawia, że odbiera się tą płytę jednak jako dość oryginalną.

Jarecki (Cold)

 

Sporo na tej płycie słów i słychać sporo głosu.  W końcu jest to solowa płyta wokalisty zespołu One Inch Of Shadow...  A wiec mamy recytacje tajemniczych tekstów, często podszeptane czy odśpiewane (całość po angielsku) a jako ich tło muzykę składającą się najczęściej z kilku prostych warstw (czy to glosy, instrumenty akustyczne czy elektronika) które przechodzą stopniowe, powolne zmiany.  Czasem pojawia się stały rytm, ale nawet wtedy muzyka rozpływa i rozmazuje się jak akwarele. Jest to jedna z najmniej czadowych i najmniej przejrzystych płyt, które kiedykolwiek słyszałem.  Za to jest bardzo tajemnicza.  Spokojny, melancholijny nastrój wypływa z głośników, ale nie mogę powiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi.  Przypomina mi to trochę niektóre płyty gitarzystów takich, jak Jandek czy Loren MazzaCane Connors - kilka powolnych nut czy akordów i cichy głos, który mówi nam cos, czego i tak nie zrozumiemy - choć oczywiście w wersji niegitarowej i niebluesowej.

d. smolken (Cold)

 

b.a.u.d. – dobranoc psy!  cat sun 2002

 

 

Zaskakujący debiut tajemniczego artysty. B.A.U.D. pojawił się znikąd i nawet wydawca nie wie, kim jest rzeczony osobnik. Dobranoc psy!” przekonują właściwie od pierwszego słuchania. Zabawa z taśmami, loopami i zapętlonymi głosami, ale i gitara, i klarnet, i elektroniczne samograje. Rytm, transik, szczypta mroku, niepokoju i tajemnicy, ale i przestrzeń, i melodie, i lekkość frazy i brzmienia. Fale bijące o brzeg, odgłosy kochającej się pary, a zaraz potem dzwoneczki w uprzęży świętego Mikołaja i sapnięcia japońskiego samuraja. Surrealistyczny kolaż mający ręce i nogi, klimat i brzmienie. Tajemniczy Don Pedro, szpieg z Krainy Deszczowców, w muzyce dla frików (i fraków?).

maniak (cold)

 

dead raven choir

 

 

Oto jak dźwiękowa sielanka łatwo przeradza się w horror. Mr. Smolken (więcej o nim w wywiadzie, a recenzje jego autorstwa gdzieś obok) używa zestawu instrumentów złożonego z kontrabasu, mandoliny, akustycznej gitary i banjo. Powinno być więc nastrojowo, pastelowo i ogólnie pięknie. Nic z tego. Smolken lubi dysonanse, fałszywie brzmiące akordy, dziwne powiązania melodyczne. Muzyka, jaka wychodzi spod jego palców, ma w sobie coś pociągającego, ale jednocześnie zdrowo straszy. Moim zdaniem idealnie nadawałaby się do nowych odcinków kultowych bajek: „Gucia i Cezara”, oraz najbardziej psychodelicznej spośród wszystkich dobranocek: „Opowieści z mchu i paproci”. Ma rację Smolken, mówiąc, że jeśli to, co robi, to neofolk, to zdecydowanie awangardowej i barbarzyńskiej odmiany. Na pewno nie jest to muzyka, która niezauważenie rozpływa się w powietrzu. Przede wszystkim, pomijając samą warstwę instrumentalną, nie pozwala na to głos Smolkena. Ten facet, szczególnie ostro akcentując głoskę „r”, tworzy z języka angielskiego jego zbarbaryzowaną parodię. Słowa artykułowane przez artystę aż drażnią uszy. Zaglądając na stronę Dead Raven Choir na mp3.com, mogłem przekonać się również, jak Smolken śpiewa po polsku. „O mój rozmarynie” w jego wykonaniu powoduje zapewne więdnięcie kwiatów. Zresztą przekonajcie się sami i zajrzyjcie ma jego stroniczkę. Swoją drogą to ciężkie życie mają w tym Teksasie: z jednej strony country and western, z drugiej Dead Raven Choir...

Maniac (cold)

 

Przesyłka z USA, dokładnie z Teksasu, była dla mnie o tyle miłym zaskoczeniem, iż okazało się, że mam do czynienia z „Krakowiakiem, który spędził drugą połowę życia w Teksasie” – jak sam pisze. Gdzie to naszych rodaków nie poniesie... Miłe jest, Ze i na teksańskich ziemiach niosą się, prócz country, monumentalne, zadumane pieśni. DRCH to rejony bliskie apokaliptycznej muzyce, pełnej grozy i zadumy. To dźwięki z półki dark folku, poetyckiej onirii, uśpionych wizji. To muzyka rozpościerająca się gdzieś pomiędzy world serpentowską ziemią a postmetalowym (aczkolwiek żadnego metalowego dźwięku tu nie uświadczymy) wytworem. Są to pieśni pełne mrocznego dźwięku – uspokojona ułagodzona Diamanda Galas, i eksperymentujący Nick Cave się przemieszali tu i ówdzie. Wszystko to ze wskazaniem na raczej pompatyczną linię czarnych, budzących dreszcze pieśni. Spójny koncepcyjny CDR. Myślę, że dla miłośników dark neofolku może to być niezła uczta. Plusem jest bardzo dobra realizacja i czyste nawiązania etniczne. Problemem jest niewyraźne pismo „Krakowiaka” i nieaktualny e-mail podany we wkładce (chodzi o wydanie amerykańskie płyty – przypis mirt), przez co nie udaje mi się uzyskać z nim żadnego kontaktu. Wiem natomiast, że inne materiały zostały wydane przez Simona Williamsa: hatemail@dark-black.com. Krótka przejażdżka po bardzo emocjonalnych, mrocznych dróżkach.

Artur Mieczkowski (Antena krzyku)