Cabaret Voltaire "2x45" Rough Trade 1982/The Grey Area of Mute 1990
Bardziej taneczna strona Cabs; nagrania zarejestrowane i pierwotnie wydane w 1982 roku przez brytyjską Rough Trade, później doczekały się wznowienia. Sześć numerów na jednym CD, 2x3 utwory na dwóch winylowych dwunastkach. Gdy słucha się tych nagrań w roku 2000, czyli blisko 20 lat po ich wydaniu, na usta ciśnie się gorzki komentarz dotyczący współczesnej sceny techno/house. Wnioski są jasne - techno stoi w miejscu. Wszyscy, którzy uważają, że jest inaczej, powinni posłuchać tej płyty i wielu po-industrialnych nagrań Cabaret Voltaire z tego okresu. Oczywiście, brzmienia się zmieniły a domowe studia wyposażone w pecety, sampler i klawiaturę midi pozwalają wyczarować podobne cudeńka w parę dni (o nie, nie w parę godzin - to nie jest kiepska płyta). I co z tego ? Chociaż nie jestem zwolennikiem klimatów tanecznych, to tym nagraniom należy się szacunek. Te zdecydowanie progresywne jak na swój czas, miękkie wibracje dwóch, czy trzech numerów z tej płyty sprawiłyby, że z niejednego klubu pot wylewałby się litrami. Ja słucham ich z sentymentem, podziwiając nagrane na żywca dęte instrumenty, gitarę, bas i partie klawiszy skomponowane bez ułatwiających całą robotę sekwencerów. Tempo w kilku momentach osiąga 130-150 bpm, słychać freejazzowe wstawki, zdubowane wokale. I tylko delikatnie przesterowane efekty przypominają mi, że ta sama grupa w połowie lat siedemdziesiątych zaczęła wielką rewolucję pod nazwą industrial. Tej płyty nie trzeba lubić. To przecież już tylko historia, która - jak widać wokół - bardzo lubi się powtarzać.

Kamil Antosiewicz


MIRA CALIX "one on one" WARP CD73 /sonic 2000
uau ale miła płyta! pierwsza jaką slyszałem, którą można określić jako "muzyka po autechre ep7", tak jakby mira była ich uczennicą, ale całość mimo wyraźnych inspiracji na swój sposób rozwinęła i przefiltrowała przez swoją dziewczęcą wrażliwość. a dziewczę musi być to wrażliwe i niespotykane. widziałem w pewnej telewizji z nią wywiad - robi piorunujące wrażenie, może nie jest jakąś pięknością, ale bije od niej wielkie ciepło, fascynacja światem i nieśmiała wyjątkowość. dla mnie bardzo jest niesamowite i rzadkie, że dziewczyna nagrała tak doskonałą plytę w branży jednak zdominowanej przez mężczyzn. ale też przez to od razu zauważa się jej odrębność. to typowo kobieca płyta, pełna magnetyzmu, wstrzymanego oddechu, delikatności ale także siły i pewności siebie. no i bez feminizmu, każdy facet to wytrzyma, mało tego - po kryjomu się zakocha w tej muzyce... no i wielu, ba, większość techno-mężczyzn może się od miry uczyć. wiele nieznanych pomysłów, niemożliwych do odgadnięcia technik nagrania, dogłębna świeżość i tajemniczy humor. momentami jest to tak jakby jakieś kosmiczne ufodzieci zapragnęly zagrać ziemiańską muzykę, złapały więc za instrumenty lub inne rzeczy, które wydawały się do tego dobre, no i zagrały, bez uprzedzeń, z przepiękną naiwną szczerością. słyszymy zmutowane pozytywki, zegarki, cymbałki, pianinka, kalimby elektronowe i harfę dla mrówek oraz płot, nieco nadgryziony przez korniki, gdzieś obok stoi huśtawka do oglądania pod mikroskopem. czasem rytmika jest jawnie afrykańska, ultratransowa, czasem powierzchownie "niezborna" jak u autechre. zawsze jednak wykwintna i trochę "xylofoniczna" w sensie brzmienia. mnogość mutowanych dziewczęco-dziecięcych głosów, samplowano-niesamplowane orkiestrowo brzmiące przestrzenie, filmowo-telewizyjne przebłyski, ekologiczne reverby, sinusoidalne improwizacje potęgują wrażenie. według mnie często wykorzystano tutaj jako żródło dźwięku szumy różnego rodzaju. chociaż przetworzone zostały w różne, nieszumowe obiekty soniczne trzeciej generacji, o trudnym na ogół do rozróżnienia pochodzeniu, dało to szlachetną matowość brzmienia i tajemniczą temperaturę tych nagrań.
mira calix to niewątpliwie jedno z największych odkryć w całej historii warp'a.

*jak dla mnie: wielce przyjemne odkrycie. jedna z płyt roku.
*skojarzenia: poza szkołą autechrowską - żadnych. może tylko takie pudełko z pozytywką, które miałem jak byłem mały, gdy przykładałem je do ucha, to tak grało.
*okładka: ciepła jak ta płyta, prosty czterokolorowy rysunek z dodatkiem srebra, kwiatki i woda. w środku technopszczółka i samotny uforobaczek smutno spoglądający na białą księżycoplanetę. pod płytą schowana wiele mówiąca dedykacja: "love and thanks dla mojej rodziny i przyjaciół, za to, że zabierali mnie na spacer do lasu" a nad nią zdjęcie miry w wieku czterech, pięciu lat, na jakiejś fantastycznej, tropikalnej plaży.
*summary: female-techno > mira is the best. male-techno > buy lessons with her!
*kontakt: carpel@miracalix.com, www.miracalix.com

Wojt3k Kucharczyk


Jan Cardell "Rytmobile" Multimood/dystr. Staalplaat
Cardell to szwedzki artysta, który tworzy mechaniczne rzeźby-instrumenty kontrolowane przez specjalne oprogramowanie komputerowe. Wykonane z rozmaitych materiałów (papier, drewno, metal, guma) "rytmobile", jak sam je nazywa, nagłośnione zostały przez małe mikrofony, które zbierają dźwięk powstały wskutek ruchów specjalnie skonstruowanych dźwigni uderzających w przypominające wibrafony, perkusyjne instrumenty i gniazda os pudła rezonansowe.
Ku mojemu zaskoczeniu muzyka na tej całkiem efektownie wydanej płycie zupełnie nie pokrywała się z moimi oczekiwaniami. "Rytmobile" brakuje zdecydowanie pomysłu na pociągnięcie ciekawie zapowiadającego się konceptu. Chociaż instrumenty autorstwa Jana Cardella prezentują się bardzo okazale, na skutek braku wyobraźni kompozytora strona muzyczna kuleje i budzi mieszane uczucia. Kolejne utwory nie penetrują możliwości, jakie otwiera przed artystą komputer. Zamiast skomplikowanych podziałów rytmicznych, czy choćby dekonstrukcji "Rytmobile" zawiera kilkanaście bardzo przejrzystych i przewidywalnych miniatur. Aż dziw bierze, że muzyk, który odebrał staranne wykształcenie zdobył się na nie lada wysiłek inżynierski a następnie pogrążył realizację projektu w błahych konstrukcjach rytmicznych i naiwnych melodyjkach, które przypominają swą strukturą świergoty dobywające się z zepsutej katarynki. Niestety naiwność zamysłów Cardella nie przekonuje mnie w żaden sposób i żadnym usprawiedliwieniem nie jest dla mnie komentarz samego artysty, że "formy organiczne i konstrukcje mechaniczne nie są w opozycji do siebie; gdy przyjrzysz się naturze, zauważysz jak fantastycznie rozwiązane są przez nią problemy związane z mechaniką". Po wysłuchaniu płyty słowa te są jeszcze bardziej nadętym bajaniem.
www.multimood.com

Kamil Antosiewicz


Richard CHARTIER "Series" 12K/Line
W jakiej przegródce należy umieścić tę niezwykłą płytę? Na wypadek, gdybyśmy pragnęli rozpocząć soczyste dysputy po wysłuchaniu "Series", Chartier pomaga nam zaszufladkować swoją twórczość jako "minimal electronica". I rzeczywiście: jest zdecydowanie minimalnie i elektronicznie. Jeśli przed włożeniem płyty do odtwarzacza nie podkręcimy choć trochę potencjometru głośności, czterdzieści-kilka minut "Series" upłynie w całkowitym bezruchu.

Płyty Chartiera zaliczają się do nowej fali minimal music, reprezentowanej przez takich wykonawców jak RLW (Ralf Wehowsky) i innych artystów skupionych wokół wytwórni Bernharda Guntera, Trente Oiseaux. W jaki sposób dzisiejsza minimal music wiąże się ona z analogiczną stylistyką lat 60, uprawianą przez amerykanów Terry'ego Rileya czy La Monte Younga? Pozornie nie łączy ich nic. Powtarzalność rytmu, transowa motoryka, dron - te i inne elementy są tu nieobecne. Jednak pozostaje czystość martwej natury, biel i cisza nie będąca ciszą, inspirowane, świadomie bądź nie, filozofią Zen. Ten element zostaje uwypuklony, jemu podporządkowany jest stan ciągłego oczekiwania na coś co powinno się wydarzyć. Słuchanie płyt nowych minimalistów staje się pretekstem do pojedynku z samym sobą, walki z własnymi oczekiwaniami. Obcując z tą muzyką pragniemy, by nasze zmysły nasyciły się nowymi wrażeniami, całą gamą barw, lecz nasze pragnienia konfrontowane są bez przerwy ze skromnością środków stylistycznych i prostotą przekazu. Im bardziej będziemy chcieli coś usłyszeć, tym mniej dotrze do naszych uszu. Lepiej pamiętać więc, jak mówi stare porzekadło, że diabeł tkwi w szczegółach.

Przez pierwsze minuty "Series" z głośników nie wydobywa się zbyt wiele. Dopiero po chwili zdajemy sobie sprawę, że płyta może być zepsuta - co kilka sekund dobiega nas trzask na podobieństwo piezoelektrycznego mechanizmu. Poza tym cisza. Tę estetykę od kilku lat eksploruje Ryoji Ikeda, czy inny japończyk 0*. Jednak ich nagrania w zestawieniu z delikatnym Chartierem brzmią jak heavy metal - są nachalne, dosłowne i bardzo głośne. Późniejsze utwory uwypuklają rozmaite spektra dźwiękowych bezdroży, gdzie główną rolę odgrywają częstotliwości ledwo słyszalne. Każda wyłania się niepostrzeżenie z niebytu i flirtuje zarówno z naszą wrażliwością, jak i samym otoczeniem. Szum wiatraczka w komputerze, czy telewizor za ścianą nie pozwolą w pełni delektować się w pełni tą najbardziej subtelną z płyt, jakie przyjdzie nam kiedykolwiek wysłuchać. Dlatego też odbiór jej jednym uchem jest zupełnie bez sensu. Tak jak neurony w mózgu przesyłają impulsy elektryczne na zasadzie "wszystko albo nic" i my powinniśmy wygospodarować trzy kwadranse by poświęcić się całkowicie Richardowi Chartierowi i jego "Series". Może to być bardzo ciekawa przygoda. Chociaż, gdyby porównać ją do wycieczki po muzeum, trzeba nastawić się na uważne analizowanie różnych odcieni farby gruntowej, którą pokryte są kolejne płótna. Nie mniej jednak warto podjąć ten wysiłek.
zob. www.3particles.com, www.12k.com

Kamil Antosiewicz


Chicks On Speed "Will Save Us All"
"Właśnie urodziła się nowa subkultura. Za dwie minuty prawa autorskie zostaną kupione przez Nike".
Chicks On Speed cytujące Courtney Love w wywiadzie dla pHinnWeb

Dlaczego nazwały się tak beznadziejnie? Nie wiedziałem, póki nie wysłuchałem co mają do powiedzenia. Naspidowane Laski są zbyt sprytne, by na co dzień karmić się gorzkim proszkiem, skoro jednym tchem jako źródło inspiracji rzucają Ultravox i Pan Sonic, Boba Dylana i Sonic Youth, Anthrax i Rioji Ikedę. Wielka przewrotność kryje się w głowach Kiki, Melissy i Alex, dziewczyn, których najnowszą płytę wyprodukowali i współtworzyli m.in. Florian Hecker, Ramon Bauer i Gerhard Potuznik, na co dzień związani z jedną z bardziej progresywnych stajni elektronicznych, austriacką Mego.
Sądzę, że profil zespołu i podskórny przekaz sączący się z kolejnych kawałków COS ma podobny charakter do wygłupów Chumbawamby. Tyle że Chumbawamba najwyraźniej zapędziła się w kozi róg i zapomniała z kogo tak naprawdę się śmieje a te trzy laski wiedzą co gdzie piszczy. Długo by opowiadać, co jest obiektem szyderstw z "Will Save Us All". Ogólnie rzecz biorąc chodzi o kram związany z muzyką: rynek, kasę, telewizyjne wieśniactwo, lifestyle. Laski kumają bazę, bo udaje im się czerpać garściami ze świata popeliny i tandety. I obracają go w pył. Z dystansem ale i kpiarskim wyrachowaniem, z przymrużeniem oka, ale i z gorzką (bynajmniej nie amfetaminową) ironią. I co ? Wychodzi im całkiem fajnie. Mocna płyta; przebiegły koń trojański wpuszczony do miasta showbusinessu. Muzyczna mieszanina niejednorodna sporządzona z DAF / Devo / Spice Girls i czegokolwiek z list przebojów. Babskie Atari Teenage Riot ?
Patrz: http://www.chicksonspeed.com

Kamil Antosiewicz


Chromatic Idiot XV Parówek 2001
Chromatic Idiot to projekt Rafała z Prisioner of Flesh i Bartka z XV Parówek.
Szanowni Państwo, nie wiem ile można się rozwodzić na temat noise'u. Ja jestem zdania, że próby dogłębnych wnikań w struktury tego rodzaju (a)muzyki, jeżeli nie są poparte przekazem ideologicznym, są snobizmem samych recenzentów. Noise sam w sobie jest wyrazem emocji - takie jest moje zdanie. Znawcą hałasu też nie jestem, więc moje słowa tu zawarte proszę potraktować z przymrużeniem oka - znawcy niech sprawdzą sami ten materiał. Myślę, że jest warty - dla koneserów na pewno może to być ciekawostka. Każdy, kto noise'u unikał niech i tym razem zostanie wierny swym przekonaniom.
Nic wielkiego się nie wydarzyło. Ot haaaaaaaałaaaaaaaaasssssss umiejętnie generowany, sterowany, przekręcany z jednego nerwu na drugi. Hałas wdzierający się do głowy różnymi częstotliwościami- od tych niskich, po te górne rejestry. Ostre ataki przeplatające się z rozrywającymi piskami, świdrującymi wnętrze czaszki. Niespokojny to bardzo materiał, a jednak ułożony w jakąś strukturę... oczywiście właściwą dada. Brak tu bezsensownego operowania dźwiękiem dla samego kręcenia różnymi gałami. Uczuć tu co niemiara, od szaleństwa po 'zastoje' dźwiękowe. Mnie najbardziej podobają się skomasowane ataki, które charczą, wirują, wzbudzają tumany kurzu!
Myślę, że autorzy mieli niezła zabawę przy tworzeniu tegoż materiału. Słuchaczom pozostaje wbicie się do wnętrza tych zawirowań. Zaznaczę raz jeszcze - materiał dla koneserów hałasu.
Płyta do nabycia w sklepie serpent.pl. Patrz też xvp.serpent.pl

Arthur Mieczkowski


Chromosomos CD-R 2000
Sześć kompozycji składa się na tę płytę. Trzy studyjne, trzy koncertowe. Plus ścieżka multimedialna. Utwory Chasyd oraz Jascha, próbują - jak sugerują to już same tytuły - wpisać się w estetykę znaną z nowojorskiego kręgu Jewish Alternative Movement z jego sztandarową grupą Hasidic New Wave, gdzie mamy do czynienia ze szczególnym stopem rockowej ekspresji, jazzowego frazowania, instrumentacji i rytmizacji oraz melodycznych stylizacji na muzykę chasydzką. W moim odczuciu są to próby udane i sympatyczne, choć nie porywające. I nie chodzi o przygotowanie zawodowe muzyków (które jest bez zarzutu), lecz raczej o przyczyny rzekłbym naturalne. Nie ma już w Polsce dawnej żywej, różnorodnej i bujnej tradycji żydowskiej. Teraz centrum tej kultury bije w Stanach Zjednoczonych i Izraelu. A zwłaszcza właśnie w Nowym Jorku. Nie dziwi więc, iż muzycy Chromosomosu w swoich adaptacjach oparli się na kopiowaniu wzorców amerykańskich. Poza tym wyraźnie jazzująca platforma JAM musiała tym silniej przyciągać wrocławskich muzyków, gdyż - jak słychać - elektryczna i eklektyczna odmiana tego gatunku (fusion) stanowi ich punkt wyjścia - ich mame loszn.

Utwór Spidi wydaje mi się z kolei bliski (szczególnie pod względem brzmieniowym i rytmicznym) regionom penetrowanym przez Tomasza Gwincińskiego (porównaj z płytami: Gwinciński/Richter/Skolik oraz Maestro Trytony). To chyba taki ukłon w stronę gitarowo-perkusyjnych "frisellowskich" wizji bydgoszczanina. Podobnie jest w trochę bardziej dynamicznym i "zakręconym" Świrku. Chromosomos brzmi w tych kompozycjach na tyle przekonująco, że może się podobać. Choć znów żadnych "nowych krajów" nie odkrywa i naraża się na zarzut wtórności.

Utwory mają najogólniej rzecz biorąc budowę "temat-improwizacja", lecz czasami wyłamują się ze schematu poprzez wprowadzanie niepełnych miar taktowych, dodatkowych modułów kompozycyjnych i dynamicznej improwizacji zespołowej - brzmiącej miejscami niczym jazzrockowy kontrapunkt. Tam, gdzie zespół trzyma się swoich chorusów i ściśle zaplanowanej gry zespołowej - dorzucając gdzieniegdzie jakąś wartość dodaną lub obcy skali dźwięk - muzyka Chromosomosu brzmi najlepiej. Znaczniej nudniej wypadają improwizacje poszczególnych instrumentalistów (szczególnie saksofonisty), którym ciężko oduczyć się klasycznych już dziś w jazzie zachowań, które nazywam na własny użytek "ćwiczeniem skal". Gitarzysta jest na szczeście na tyle "odjechany", że jego partie mienią się przynajmniej różnymi barwami i sposobami artykulacji, jeśli już skali zmienić nie może...

Do atutów grupy zaliczam grę sprawnych technicznie, lecz elastycznych stylistycznie - gitarzysty i perkusisty - którzy stanowią o "kośćcu i ciele" tej muzyki. Artur Dominik daje rozkołysaną, zrelaksowaną, lecz pewną i równą podstawę do "orgiastycznych", sonorystycznych fraz Marcina Borsa. To muza, o której z pewnością można powiedzieć, że nieźle buja (a groove-based music). I te fragmenty lubię najbardziej. Muzyce Chromosomosu potrzeba bowiem trochę więcej przestrzeni, wyobraźni, szaleństwa... Artyści są tak bardzo skoncentrowani na osiągnięciu poprawności wyrazu, że zapominają o nawiązaniu kontaktu emocjonalnego ze słuchaczami, bez którego kompozycja jest tylko martwym zapisem. Gdyby tak udało się połączyć te dwie cechy, tzn. precyzję oddania kompozycyjnego zamysłu i emocjonalną sugestywność, to muzyka grupy wiele zyskałaby na oryginalności i sile oddziaływania.

W sumie ciekawa propozycja, warta rejestracji płytowej. Będę śledził postępy...

Ireneusz Socha

zobacz prezentację tej płytki w naszych "nowych płytach"




City Songs VII CD-R, Requiem 2002
Kolejna podróż z Łukaszem Pawlakiem zaczyna się niecodziennie - Wojciech Kosma i jego ciepły quazi - jazzowy materiał okraszony delikatną 'elektro-organiką". Piękny pastelowy klimat podbity niebywałym brzmieniem instrumentów klawiszowych płynnie przechodzi w kolejny remix. Tym razem Łukasz zaprosił do współpracy Nutopię. Dużo przestrzeni wypełnionej echami i radiowymi strzępami rozmów. Ładna kontynuacja utworu otwierającego kompilację. Afar vs. Citysongs - bezimienny twór o niebywałym pięknie utrwalonym przy pomocy minimalnych środków. Tak, na tej płycie jest p r z e s t r z e ń. Jest światło, organika. Odbiera się ją wszystkimi zmysłami, czując dotyk tego co ulotne - c h w i l i - którą Łukasz tak pięknie potrafi utrwalić i podać nam w formie pięknego skończonego tworu jakim jest CITYSONGS. Kolejny utwór to remix Piotra Krzyżanowskiego - elektroakustyczny wstęp, a tuż po nim wypadamy w szaleńczym galopie na otwartą przestrzeń pełną pięknych ech i pogłosów. Ta kolapsuje zapadając się w rejony "niespójnej" elektroakustyki aby powrócić zwielokrotnioną kaskadą ech, pogłosów i szeptów tak wszystkim znanych. Najdłuższym, bo trwającym ponad 12 minut jest wspólne dzieło Łukasza i Protribencky"ego. Rzecz przedziwna, nieokiełznana, awangardowa... Tak prawdopodobnie grałby dzisiaj Miles Davis gdyby śmierć nie podałaby mu swej dłoni. Wulgata. Semiase to kobieta. Wrzucona w sam środek piekła , przykuta kajdanami zakazów i ślepą wiarą swych pobratymców. Jej oczy zamknięte na świat, usta na śmiech... Twór zyskał piękny wymiar dzięki tej współpracy - los Semiase stał się wiarygodniejszy , cierpienie dojmujące. Piękna pieśń arabskiej kobiety wołającej o wolność. Zamykający CITYSONGS Plankton jest przykładem jak z oszczędnych środków stworzyć można bardzo ciekawy materiał. Pogłosy , motoryka rozbudowane aczkolwiek proste w wymowie tła czynią z tego utworu kapitalny numer na tzw. w y j ś c i e. Podróż dobiegła końca. Kolejny jej etap jest właśnie na finiszu. Kilkoma refleksjami chcę się teraz podzielić - CITYSONGS jest potrzebne. Jak powietrze , jak woda. To otwarte wrota kreatywności, to pomost łączący ludzi i ich wspólne zainteresowania. To pomocna dłoń , słowa zachęty , to wspólne tworzenie historii o którą coraz trudniej w tych czasach pełnych marazmu i obojętności. M Y nie chcemy przeminąć. CITYSONGS jest manifestem ludzi kreatywnych połączonych najwyższą z więzi - potrzebą w s p ó l n e g o d z i e ł a. Czekam na kolejną wyprawę Łukasza. Chętnie będę mu w niej towarzyszył.

Sampli z płyty posłuchasz w naszym sklepie

Andrzej Turziak (WULGATA)

City Songs VI CD-R, Requiem 2002
Po przesłuchaniu części szóstej i - przyznaje - wyrywkowym zbadaniu innych części, zauważyłem taką prawidłowość, że każda płyta dzieli się na pół: jedna połówka to ciekawe, zróżnicowane stylistycznie numery a druga połówka to industrial-smutny-ambient dla ludzi smutnych. słuchając citysongs mam pewne wątpliwości, co do tego czy tok realizacyjny wg którego powstają płyty jest odpowiedni. A to dlatego, że numery na jednej płycie są ze sobą kompletnie nieporównywalne. Każdy z wykonawców dostaje inna bazę muzyczną, która sama w sobie może być dobra i niedobra i każdy ma inne podejście do tego bazowego materiału. A może to i nieważne...;-) W każdym razie pomijając numery w których maczałem palce, na citysongs nr 6 podoba mi się numer 1 oraz 4. Żeby zaprzeczyć temu co napisałem w środku, chciałbym dodać jeszcze, że projekt citysongs jest bardzo dobrym pomysłem i z ogromna ciekawością słucham numerów z tych części z których się mi to udaje. Czy mi się one podobają czy nie.

Sampli z płyty posłuchasz w naszym sklepie

Piotr Połoz – DEUCE ::a little bird is learning to count (1,2,3,4):: (city songs 6)




City Songs V CD-R, Requiem 2002
,,.....Wlasnie wczoraj otrzymalem CITY SONGS vol.5 , (z racji swego na nim udzialu) i jestem bardzo mile polechtany jakoscia estetyczna tego wydawnictwa. Sam jestem maniakiem okladek, nalepek na CD, ale to co zobaczylem sprawilo, ze przestalem sie czuc osamotniony w moim fetyszyzmie designerskim :) O muzyce moge napisac na razie jedynie tyle, ze sa tam utwory, ktore bede dlugo lubil, i takie ,ktore do mnie nie docieraja jeszcze, ale tak to musi byc kiedy za kazdym z nich stoi inny wykonawca - o zupelnie innych doswiadczeniach muzycznych. Nie wyczuwa sie wcale, ze nad wszystkimi utworami pracowal Lukasz Pawlak z NEMEZIS, moze ze wzgledu na zalozenia programowe, czyli dopasowanie sie do klimatu zaproszonych do projektu. Ale to oczywiscie nie jest zarzut, a raczej fakt dla mnie godny podziwu. Gdybym sam realizowal taki projekt - na pewno bardziej bym sie wtracal i mieszal po swojemu. CITY SONGS jako projekt przedstawienia obecnej sceny underground - sprawdza sie chyba wlasnie dzieki owej transparentnosci z NEMEZIS, choc zeby powiedziec wiecej o tym musze wglebic sie tez we wczesniejsze produkcje z cyklu co tez za chwile uczynie. ( otrzymalem tez volumen CITY SONGS nr 2 w prezencie :))) Dzieki takim projektom odzywa moja wiara w sens tworzenia unikalnych wydawnictw CD, no i wogole pracy organicznej przy tej wspanialej muzycznej protezie - jaka jest komputer :) Jedno jest pewne - NEMEZIS jako autor tego waznego projektu ma juz swoje miejsce w hitorii muzyki - tylko czy ktos ja jeszcze pisze? :)....."

Sampli z płyty posłuchasz w naszym sklepie

PITOLD




Co Ex "Ascents Meteora" De Nova Da Capo (010)/ World Serpent Distribution 2000
CO EX to projekt Klausa Vormehra z Irlandii stworzony dla małej wytwórni De Nova Da Capo, będącej pod-oddziałem londyńskiej World Serpent Distribution. Jest dość nietypowym artystą na tle pozostałych twórców związanych z DNDC, gdzie promuje się dźwięki mniej lub bardziej związane z muzyką dawną, pełne odniesień literackich i symboliki religijnej (Elijah's Mantle, Ronan Quays, Lisa Gerrard). CO EX to efekt elektronicznych eksperymentów Vormehra (dub, ambient, electro) dla których nie porzucił on jednak fascynacji etnicznych. Nie ma co się jednak obawiać o chytre schlebianie populistycznych gustom, ceniącym sobie tani ludyzm podszyty nie wyszukaną elektroniką. Klaus Vormehr to człowiek o dużym wyczuciu nie pozwalający sobie na produkowanie błahych bądź przypadkowych dźwięków. Poprzednia płyta "Synaesthesia" była majstersztykiem - proste (czytaj: prymitywne) struktury rytmiczne napędzały pełne wyobraźni kompozycje nad którymi unosił się silny (bezsprzecznie mocno osadzony w tradycji ludowego pieśniarstwa na Wyspach Brytyjskich) glos żony Klausa - Eleanor. Najbardziej zapadającym w pamięć był utwór "Chant of Amergin" z żywą perkusją (Brendan Perry) i pełna wigoru wokalizą . Nowy album "Ascents Meteora" nie przynosi już tylu emocji, jest bardziej wyciszony, kontemplacyjny. Powód tego jest oczywisty- smutnym zrządzeniem losu na rok przed powstaniem płyty zmarła Eleanor Vormehr. Album jest pożegnaniem artysty ze swoją żoną (której zdjęcie widnieje na okładce) i czymś w rodzaju pamiętnika osoby pogrążonej w żałobie. Warto wtrącić że nie jest to jedyny muzyczny hołd złożony tej wokalistce, jest nim także "Spiritchaser" przyjaciół państwa Vormehr - Dead Can Dance. Jednak "Ascents Meteora" jest dość niezwykłym epitafium - obok statecznych kompozycji z wsamplowanym głosem Eleanor znalazło się miejsce na żwawą miksturę dubu i breakbeatu w "Drance" czy dwie pogodne miniatury skomponowane na kształt klasycznej fugi ("Two Fugues"). Sprawia to, że muzyczny zamysł płyty zaczyna się trochę gubić wśród niedokończonych tematów, aczkolwiek z koncepcyjnego punktu widzenia zdaje rolę jako obraz rozchwianych stanów emocjonalnych człowieka godzącego się z odejściem bliskiej osoby. Fakt faktem, że przez większość czasu z "Ascents Meteora" wieje chłodem czym radzi musieli być szefowie World Serpent, na co dzień obcujący ze światem egzystencjalnych manifestów Coil i Current 93.

Sebastian Cichocki


Coil "Music To Play In The Dark vol. 2", Coil "Time Machines" Chalice Recordings
Po długich perturbacjach i wystawieniu na próbę cierpliwości wszystkich, którzy wysłali pieniądze w ramach przedpłaty, pojawiła się z półrocznym opóźnieniem "MTPINTD vol. 2". Jest to kontynuacja całkiem udanej i świeżej produkcji sprzed roku. Jednak jest to kontynuacja, co oznacza, że dramatycznych zmian nie ma. I to może niektórych rozczarować. Ponownie zanurzyć możemy się w eteryczno-analogowych pulsacjach, sennych pejzażach, lightowych syntezatorowych impresjach. Chociaż, mimo upływu czasu, Coil nadal pozostaje najciekawszym projektem powstałym po rozpadzie Throbbing Gristle, ich recepta na pastelowe nastroje nieco wyblakła. Chciałoby się rzec, że wyzwania stawiane sobie przez muzyków nie idą w parze z oczekiwaniami kogokolwiek.
Prawie każdy utwór na "Dwójce" koresponduje z analogicznym numerem z pierwszej części, lecz sequelowi brakuje chyba zwiewności i spójności pierwowzoru. Dla mnie najlepszym fragmentem obu części jest zamykający płytę "Batwings (A Limnal Hymn)" - brzmiąca najnowocześniej ze wszystkich utworów przepiękna pieśń o ładunku emocjonalnym porównywalnym do najlepszych momentów z "Love Secret Domain", czy wydanego na maxisinglu "Tainted Love". Ogólnie miło, lecz bez przełomu.
"Time Machines", wydana z numerem katalogowym Eskaton cd24 (w odróżnieniu od oryginalnego "Time Machines" z 1998r. o numerze cd10 i innej wersji zatytułowanej "Queens Of Circulating Library" o numerze cd20) jest również kontynuacją, tym razem minimalistyczno-dronowych zmagań. Nagrań dokonano podczas koncertu (czy aby w Royal Festival Hall 2 kwietnia br. ?), co dodaje przestrzennego posmaku trzem utworom zebranym na płycie. Muzycznie album utrzymany jest w klimacie pierwszych sesji, aczkolwiek kompozycje, choć nadal drżą i tętnią rozlanymi plamami, zawierają więcej życia. Dzieje się tak za sprawą wykorzystanego głosu matki Thighpaulsandry, Dorothy Lewis, oraz większej rozpiętości częstotliwości z których skonstruowano drony. Więcej więc światła, dzięki czemu można tej płyty słuchać bez znużenia.

Kamil Antosiewicz


Coil "Autumn Equinox: Amerthyst Deceivers" Ep Eskaton 1998
Zaczyna się w zasadzie nie jak Coil, a jak Throbbing Gristle z okresu "D.O.A.", by za chwilę zabrzmieć zupełnie jak nie Coil - bo i nie jest to zwyczajny Coil. Rose McDowall, która nie po raz pierwszy kolaboruje z Balancem, Christophersonem i swoim mężem, Drew McDowall'em, zajmuje się śpiewem na drugim utworze. Nie będę pisał, że słychać wielki eksperyment, czy rzucające na kolana innowację za innowacją. Słychać ładne głosy Rose McDowall i Roberta Lee, którzy w wolnych chwilach nagrywają pod wiele mówiącym szyldem Sorrow. Atmosfera niczym z najmarniejszych płyt z kręgu 4AD - i nie jest to porównanie nie pozbawione sensu, czy wręcz złośliwe. Coil chyba nie postarał się o brzmienie - rażą złe pady z brzmieniem samplowanych skrzypiec - są zbyt tandetne, by mogły budzić smutek. Jednak coś w jest w tym utworze: może ulotna celtycka nuta, a może... sam nie wiem. Mogło być gorzej. Za chwilę robi się w każdym razie zupełnie inaczej - patos wytraca tempo na rzecz przekładanych elektrostatycznymi trzaskami dronów i przednich zabaw z pitch shifterem. Minimalizm kilku sampli tworzących tło oraz kolejne plany jest wspaniale wyważony. Zwolnione, wyjące i przestrojone fragmenty CZEGOŚ pojawiają się znienacka, zniszczone i pocięte trzęsącą się ręką. Bardzo przyjemne, choć skonstruowane przy pomocy oszczędnych środków. Mija jednak kilka minut zgiełkliwie-mrocznego pulsowania i powracają beznadziejne syntezatory, których osobiście u Coil nigdy nie lubiłem. Samplowane brzmienia instrumentów klasycznych brzmią jeszcze jako tako na "Horse Rotorvator" z roku 1986,lecz mamy koniec lat 90 i jeśli się o tym nie pamięta, to można wypaść z gry. Teraz minęło kilkanaście lat i możemy jedynie z pobłażaniem słuchać tych pseudo-apokaliptycznych jęków. Ja nie jestem pewien, co o nich myśleć. Numer zamykający płytę to kolejna zabawa z syntezatorami, z początku o wiele ciekawsza niż przed chwilą - ujawniająca zamiłowania naszych Brytyjczyków do zabawy z szumem. Później niestety wszystko tonie w potwornych strunach a'la Andreas Volenveider - jednym słowem tchnie tandetą. I choć posiada w sobie odpowiednią dawkę łatwo wyczuwalnych emocji, to nie przekonuje - może ze względu na dosłowność i paraliżujący tupet muzyków. A może są to po prostu piosenki, podobne do tych niezwykłych i zdumiewająco prostych kompozycji, jakie pojawiły się w tym samym roku na "Musick to Play in the Dark vol. 1" ? Różnica poziomów jest niestety wyraźnie słyszalna. Dla mnie - najsłabsza z czteroczęściowej części epek wydanych z okazji astronomicznych równonocy i przesileń, której wcale nie usprawiedliwia wpaniały, lecz niezręcznie zinterpretowany temat wiodący - jesienny equinox.

Kamil Antosiewicz


Coil "Love's Secret Domain" Threshold's House 1991 Torso
Ta płyta ma prawie 10 lat i trudno powiedzieć, aby się zestarzała. Jest na niej wszystko, co w Coil najlepsze: od samplerowych eksperymentów ("Disco Hospital"), poprzez widziane (ehm, słuchane ?) przez krzywe zwierciadło "piosenki" w stylu "Teenage Lightning", na niespodziewanych instrumentalnych wycieczkach skończywszy (np. flamenco na "Lorca Not Orca"). Cała płyta jest doskonałą próbą unowocześnienia brzmienia, ucieczką od męczących sekwencerów i automatów perkusyjnych (cóż, w latach 80 tak się grało...). Nieśmiałe eksploracje bardziej klubowych klimatów ("The Snow") trącą wprawdzie nieco myszką, lecz bardziej stonowane beaty obecne na przykład na "Windowpane" bronią się zdecydowanie. Coil znakomicie wpasował się w nową, bardziej elektroniczną jazdę, przeszedł zdumiewającą metamorfozę od czasów poprzedniej większej płyty ("Horse Rotorvator" z 1986r.) nie wytracając jednocześnie nic z wrodzonej tajemniczości i alchemicznej, z pozoru nieistotnej, nieprzystawalności formy do treści. "LSD" jest - moim zdaniem - pierwszym wielkim świadectwem wyjątkowo wysokiej formy, wielkiego wizjonerstwa i wyobraźni muzycznej Balance'a i spółki. Złoty medal.

Kamil Antosiewicz


Coil "Musick To Play In The Dark vol. I" Chalice 1999
Na początku zupełnie nie wiedziałem, co o tej płycie sądzić. Po dronowo-ambientowej "Time Machines" Coil zaskoczył wszystkich porcją kawałków miłych i sympatycznych dla ucha. I choć faktycznie "Muzyka do grania w ciemności" zawiera piosenki, to po kilkukrotnym przesłuchaniu dochodzi się do wniosku, że nie są to piosenki zwyczajne. Ze względu na prostotę melodyczną i nieskomplikowaną strukturę muzyczną (w tym przypadku prostota nie jest jednoznaczna z prostactwem), wszystkie kawałki zapadają głęboko w pamięci, zupełnie jak natrętny przebój usłyszany przez przypadek w radiu. Pierwszy utwór otwiera rozedrgany (synteza granularna) głos Johna Balance'a, nucący główny temat. "Are you shivering ? Are you cold ?", padają po chwili pytania. "Po MDMA zadawaliśmy sobie takie pytania, bowiem czyste dawki sprawiają, że zaczyna się szczękać zębami a powieki wibrują", wyjaśnia Balance na stronie WWW [na brainwashed - terra]. Drugi utwór skomponowany jest głównie w oparciu o brzmienia SH 101, starego syntezatora analogowego. Gdyby nieopatrznie pojawił się tam motoryczny beat, możnaby pomyśleć, że jest to ukłon w stronę "The Snow" - jedynej chyba pozycji w dyskografii Coil zawierającej własną interpretację techno. Gdy wybrzmieją pseudo-transowe syntezatory, zaczyna się kolejny kawałek. Tym razem nowe zaskoczenie: pianino i jazzująca sekcja (to nic, że bas jest zsamplowany). Doskonały tekst, doskonała melodyka, doskonały utwór. Swobodnie mógłby znaleźć się na trójkowej liście przebojów. Później drobny eksperyment (drobny dlatego, że słyszeliśmy już bardziej nowatorskie rzeczy w wykonaniu Coila). Melorecytacja, ponakładane głosy, mikrofalowe trzaski, a wszystko służy zachęceniu do jedzenia brokułów (Dlaczego ? Odsyłam na stronę WWW po dalsze wjaśnienia). Ostatni kawałek to kolejny majstersztyk, który, mimo znacznej prostoty (jeden, może dwa loopy przewijające się przez 10 minut), nie może nie zapaść w pamięć. Bardzo senny, kołyszący, miękki numer, do tego wyłaniający się z otchłani ciepły głos Balance'a. Mój osobisty faworyt. "Music..." nie jest najbardziej odkrywczą i rewolucyjną płytą w dorobku Coila. Cóż z tego, skoro zawiera kilka wspaniałych piosenek przy których doskonale układa się do snu. Zupełnie różna od poprzednich dokonań, kojąca muzyka do słuchania w ciemności.

Kamil Antosiewicz


Coil "Time Machines" Eskaton 1998
Pierwszy długogrający album zawierający całkowicie nowy materiał, licząc od ukazania się "Love's Secret Domain". W międzyczasie ukazało się kilka mniej lub bardziej udanych kompilacji odrzutów z wcześniejszych sesji, odgrzanych singli i epek. Ale to jest pierwsza wielka płyta po latach. Zawiera cztery dźwięki umożliwające odbycie podróży w czasie... te dźwięki to Telepatyna, DOET/Hekate, DMT oraz Psylocybina. Instrumentalne, rozwinięte do granic możliwości cztery utwory, z których każdy utrzymany jest w zimnej, dronowo-analogowej estetyce. Pozbawione ataku dźwięki powoli wyłaniają się z próżni, rezonują, wibrują, wybrzmiewają, nakładają się na siebie i modulują się. Utwory nie różnią się od siebie w sposób wyraźny i jednoznaczny - wszystkie jednak w magiczny sposób hipnotyzują, emitując podprogowe wibracje; tworzą odrębne całości, choć podporządkowane są pewnemu trudnemu do zdefiniowania feelingowi, aurze zadumy i skupienia wywoływanego samym uruchomieniem każdej z czterech "Maszyn Czasu". Czy znajdzie się osoba, której te dźwięki nie przypadną do gustu? Otoczka wokół tej płyty jest zapewne większa niż wymagałby tego sam materiał dźwiękowy. Coil doskonale wypracował wokół siebie atmosferę mistycznego uwielbienia i jego produktów "nie wypada" w pewnych kręgach nie lubić, niezależnie od jakości samych nagrań (co jest zjawiskiem niezbyt dobrym dla samej sztuki). W tym wypadku uwielbienie jest uzasadnione. "Time Machines" to ogromne zaskoczenie dla wszystkich fanów, i zarazem najbardziej minimalne dzieło w historii weteranów post-industrialnych eksperymentów. Czysta elektronika brzmi tutaj chwilami jak buczące sprzężenia brytyjskiego Arcane Device albo powodujące nieoczekiwane spazmy ekstazy drony, produkowane podczas wielogodzinnych sesji przez mistrza minimalu Terry'ego Riley. Ale niezależnie od skojarzeń, jest to płyta bardzo dobra, dojrzała i przemyślana. Nie wiem, czy chciałbym przy niej tripować, ale z pewnością wziąłbym ją ze sobą na bezludną wyspę.

Kamil Antosiewicz


Column One "Electric Pleasure" 90% Wasser
Po przeciętnej składance wydanej przez nowy label 90% Wasser, przyszła pora na pełnometrażowy album znanego w Polsce zespołu Column One wydany przez tą samą wytwórnię. Nie mogę powiedzieć, że płyta ta zrobi pioronujące wrażenie na kimś, kto nadstawia ucha i śledzi bieżące trendy w elektronice. Ale znajdą tu coś dla siebie wszyscy, którzy chcą zaserwować sobie "powtórkę z rozrywki", czyli przelot po mało popularnych w niezależnych kręgach kosmicznych brzmieniach znanych z "Oxygen" pana J.M. Jarre'a. Column One przeżywają chyba fascynację nie tylko Jarrem, ale i starymi protoplastami wyalienowanej muzyki maszyn: Kraftwerk. "We are the machines" - do tej konkluzji można dojść po wysłuchaniu tego albumu i tak brzmi refren jednej z kompozycji. Mnie osobiście ta mantra nie wprowadza w trans ani tym bardziej w zachwyt. Prawie każdy z numerów uświetnia metaliczny wokal, wszędzie analogowe automaty perkusyjne nabijają rytm. Ta wycieczka w stylu retro jest trudna do zinterpretowania w chwili, gdy cały świat, podążając za impulsem z Niemiec, podjął wyzwanie i zaczął na własną rękę nawiązywać do elektro-analogowej tradycji. Dlatego między innymi "Electric Pleasure" jest dosyć frapującym, a miejscami nawet i męczącym zapisem fascynacji mocno wyeksploatowaną estetyką sprzed dziesięcioleci.
Płyta do nabycia w sklepie serpent.pl.

Kamil Antosiewicz





Copernicus "Null" 1990
Copernicus to w rzeczywistości Joseph Smalkowski, niemłody już amerykański artysta polskiego pochodzenia. W polu działań Smalkowski'ego znajduje się również performance art, stąd koncerty Copernicusa zamieniają się często w sceniczne przedstawienie, którego muzyka jest jedną z części składowych. Na "Null" obecne są przede wszystkim słowa, wypowiadane lub wykrzykiwane niskim głosem pełnym ekspresji (Tom Waits i Captain Beefheart mogą się schować !!!). Teksty stanowią więc ważny środek wyrazu, dla którego muzyka jest tylko akompaniamentem. Kreuje ona, mimo wszystko, całą atmosferę, dzięki czemu "Null" jest płytą dającą się słuchać i nie pozostaje czystym "spoken word album". Kopernik otoczony jest niemałą świtą, wśród której słychać perkusję, sekcję dętą, gitary, bas, żeńskie chórki, fortepian, klawisze, taśmy i kilka innych urządzeń emitujących dźwięk. Większość opowieści na płycie tyczy zmysłów, kreujących iluzję otaczającego nas świata. Idąc w ślad za brytyjskimi filozofami, Hume'm i Berkley'em, Copernicus próbuje przekonać nas, że zmysły kłamią, kreują złudną iluzję. W rzeczywistości jesteśmy ignorantami. Nie ma świata, Boga, wartości, języka. Ludzie omamieni iluzją prawdy w rzeczywistości są skazani na gnicie w samotności (doskonały początek płyty. Najpiękniejsza pieśń o samotności, jaką w życiu słyszałem). Tym i innym przemyśleniom towarzyszy muzyka, chwilami ciężka i niemal rockowa, innym razem gorąca niczym gejzer, czasami z kolei cicha, stonowana i delikatna. Ale nawet, gdy muzycy grają w egzotycznej skali egipski temat ("Amon Ra !", krzyczy dziko Kopernik), nawet gdy wybrzmiewa przypominający dokonania Big Black demoniczny hymn wymierzony przeciwko władzy ("Let's eat the authority!!!" eksploduje wściekle Astronom), nawet, gdy słychać tylko delikatne dźwiękowe pejzaże, na tle których Kopernik sampluje i szatkuje z przejęciem swoje zaangażowane poezje, nawet wtedy słychać teatralność całego przedsięwzięcia (w dobrym znaczeniu tego słowa), sceniczność i podniosłą atmosferę podniesionej kurtyny. Warto posłuchać, warto wsłuchać się w teksty. William S. Burroughs na deskach totalnego teatru? Czemu nie...

Kamil Antosiewicz


Crawl Unit "Trans History: Works 1995-99" CD-R Ignis Projekt
Bardzo miłe zaskoczenie na rynku rodzimych produkcji, które ujrzało światło dzienne za sprawą Maćka Ożóga (Spear) i jego niezależnej oficyny Ignis Projekt. Po "Of Silence" Speara i Ultra Milkmaids "V/S Part 1" z katalogowym numerem 003 ukazała się przekrojowa płytka Crawl Unit, solowego wcielenia J. Colleya, założyciela stajni Povertech. Pod szyldem Crawl Unit Colley tworzy muzykę posługując się field recordings i własnoręcznie preparowanymi hałasami o wyraźnie nie-organicznej naturze. Zniekształcone nagrania wiejącego wiatru i świszczących transformatorów o metalicznym pogłosie nabierają subtelności, gdy Colley eksponuje ich ukryte piękno. Nasze dźwiękowe otoczenie zostaje przedstawione w zupełnie innym świetle, chociaż Crawl Unit nie odkrywa tutaj Ameryki. Mimo to radzi sobie z tą materią wyjątkowo wprawnie, dawkując dramaturgię, unikając tandety i banału, w jaki wpada wielu twórców obcujących z preparowanymi hałasami. Zderzenie dwóch estetyk: minimalizmu i nasycenia brzmieniem, subtelności i silnej ekspresji, lo-fi i hi-fi sprawia, że "Trans History" słucha się bez znużenia. 10 utworów wydanych wcześniej na dla takich wytwórni jak Allien8, Drone, rrr, czy Self Abuse to bardzo spójna kompilacja, nie dająca poznać, iż poszczególne mini-dzieła wyrwane zostały w jakiś sposób z kontekstu. Bardzo udany komentarz do post-fabrycznej rzeczywistości, który zamiast epatować wyjącymi maszynami ukazuje zupełnie inny wymiar technicznego świata: skupiony, czasami tragiczny i zawsze fascynujący. Dodatkowo cudowne opakowanie... Chwytajcie szybko!
Prezentację płyty (wraz z dźwiękami) znajdziecie w naszym sklepie

Kamil Antosiewicz

C-Schulz & Hajsch "C-Schulz & Hajsch"Sonig
Carsten Schulz i Hans Jurgen Schunk spotkali się na tej płycie nie po raz pierwszy. Siedem lat temu nagrali wspólnie płytę "Ton" dla australiskiej wytwórni Extreme, wspólnie grali w projekcie Hajscha Kontakta, wreszcie obaj remiksowali kolońską Microstorię. Ta płyta stawia ich w czołówce niemieckiej sceny eksperymentalnej. Praca nad nią trwała blisko 3 lata. W efekcie powstało jedno z ich najdoskonalszych dzieł, podsumowujące osiągnięcia niemieckiej sceny od śladów formuły Can, Neu i Fausta, przez H.N.A.S. i RLW, na fenomenie wytwórni Sonig skończywszy. Artyści połączyli w wyjątkowo sprawny sposób elektronikę z akustyką. Eksponując strukturę harmoniczną instrumentów dętych, skrzypcowych oraz oszczędnie stosowanych syntezatorów, dokonali cudownej fuzji tych pozornie skrajnych obozów. Akcentem przesuwającym punkt równowagi na akustyczne źródła dźwięku jest przemyślane zastosowanie field recording. W świecie C-Schulza i Hajscha nad strukturą kompozycji ich dramaturgią czuwa odgłos płonącego drewna, "powiększone" dźwięki ocierających się kamieni i skrzypienie drzwi. Akustyczne instrumenty, których cała masa przewija się przez płytę, spełniają ograniczoną funkcję melodyczną. Akcent przenosi się na barwy spajające organiczne, nieskończone piękno naturalnych brzmień.
Sądziłem, że po Organum Davida Jackmana trudno mi będzie odnaleźć muzykę gwarantującą równie silny wstrząs emocjonalny. Nie było to łatwe, ale najnowsza płyta duet Schulz & Hajsch każe mi postawić poprzeczkę jeszcze wyżej. Tak wysoko, że przeskoczenie jej będzie graniczyło z cudem.

Prezentację płyty (wraz z dźwiękami) znajdziecie w naszym sklepie

Kamil Antosiewicz


CUKUNFT "Lider fun Mordechaj Gebirtig" wyd. własne 2005 (24’52)
Raphael Rogiński to dwudziestoośmioletni gitarzysta, kompozytor i improwizator - uczestnik warszawskiej sceny muzycznej, związany ze środowiskiem "Galimadjazu" Patryka Zakrockiego i "Djazzpory" Pawła Szamburskiego. Muzyczny autodydakta - nie licząc studiów muzykologicznych i instrumentalnych (w klasie gitary akustycznej, klasycznej i elektrycznej u Piotra Lemańskiego) w Autorskiej Szkole Muzyki Rozrywkowej i Jazzu im. Krzysztofa Komedy w Warszawie - ma za sobą doświadczenie w zakresie tworzenia i wykonywania muzyki improwizowanej i teatralnej.

W 2003 r. Rogiński założył grupę Cukunft (jid. Przyszłość), z którą planuje serię projektów będących wyrazem jego muzykologicznych i socjologicznych badań nad muzyką żydowską z terenu Europy Środkowo-Wschodniej. W ten sposób pragnie udowodnić, że muzyka ta nie "umarła" i nie "wyemigrowała" z naszych ziem. Jak sam mówi, myślą przewodnią grupy jest kontynuowanie tradycji miejskiej muzyki żydowskiej Europy Wschodniej w sposób, który nie odgradza się od współczesności. Niniejsza płyta nosi tytuł "Pieśni Mordechaja Gebirtiga" i daje przedsmak ponad godzinnego programu koncertowego grupy Cukunft poświęconego twórczości pieśniarza z Kazimierza.

Utwory Mordechaja Gebirtiga - pełne specyficznego dowcipu, mądrości życiowej i melancholii - bywają traktowane przez współczesnych muzyków powierzchownie. Formalna przejrzystość pieśni kazimierskiego barda sprawia, że niektórzy wykonawcy wpadają w pułapkę taniego sentymentalizmu i wyrazowego prostactwa. Owszem, utwory te łapią za serce i często czynią to najprostszymi środkami, ale ich bezpośredniość i wiarygodność nie idzie w parze z estradową sztampą i artystyczną pozą. Gebirtig ma głównie do zaoferowania właśnie to, o czym już się nie pamięta lub nawet wyśmiewa: misję, zaangażowanie, wiarę, oddanie, poświecenie temu, co się robi - przypomina Rogiński. Pieśni ludowego śpiewaka z Kazimierza wymagają od wykonawcy głębokiego wczucia się w przekazywane treści. To prawdziwy głos achad ha’am (jednego z ludu), głos człowieka, który żył problemami i radościami wspólnymi dla biednych kazimierskich Żydów. Stąd - siła przekazu i nieprzemijalna aktualność tych utworów. Stąd również trudności w odpowiednim zaaranżowaniu i wykonaniu komponowanych najczęściej na pasterskiej fujarce melodii. Nie od dziś bowiem wiadomo, iż najtrudniej oddać w muzyce to, co elementarne - to, co każdy już słyszał tysiące razy: najprostsze uczucia, najbardziej oczywiste połączenia dźwięków, podstawowe rytmy czy związki harmoniczne. Gdy bierzemy na warsztat prostą piosenkę, to wszystkie nasze zabiegi aranżacyjne stają się "przezroczyste". Po prostu dobrze słychać, ile, czego i gdzie dodaliśmy bądź odjęliśmy.

W swojej "Muzyce żydowskiej w Polsce w okresie międzywojennym" Isachar Fater pisze o genezie muzyki kazimierskiego śpiewaka tak: Ogólnym fundamentem pieśni Gebirtiga była modalna muzyka aszkenazyjsko-europejskich Żydów, czyli muzyka wschodnioeuropejska, zainicjowana w modlitwach synagogalnych, a potem przeniesiona do innych dziedzin muzyki żydowskiej. Były to dźwięki, wśród których wyrastał każdy Żyd od urodzenia, otaczające go zewsząd tony modlitw żydowskich we wszystkich swych tradycyjnych wariantach; pieśni (zmirot) szabatowe i dźwięki chasydzkich melodii (nigunim); monotonne przyśpiewy podczas nauki Gemary w bejt midraszu i pentatoniczne akcenty muzyczne przy czytaniu Tory. Nie brakło też obcych elementów, pochodzących od otaczającego świata. Ale one zostały "zjudaizowane" i wplecione w ogólne przędziwo lirycznej pieśni.(...) Wiele z pieśni Gebirtiga jest napisanych w harmonicznej tonacji molowej, w trybie, który w muzyce liturgicznej synagogi nosi nazwę "Ahawa rabba" (Wielka miłość). Zwiększona sekunda tej skali ożywia melodię swoistym pięknem: gdy wyśpiewuje się tony od dołu do góry, wyrażają one niezadowolenie i prośbę, a przy schodzeniu w dół - błaganie i płacz. Gebirtig komponował też melodie w naturalnej tonacji molowej - eolskie moll - zawierające elementy z czasów najdawniejszych i wyrażające wzniosłość, patos i powagę.

Nie mogąc znaleźć odpowiedniego (czyli obdarzonego ciekawym głosem i mówiącego dobrze w jidysz) wokalisty, Rogiński musiał się skoncentrować na uwypukleniu walorów melodyczno-emocjonalnych Gebirtigowych pieśni. Przyznaje: Warstwa tekstowa, choć ja jej nie wykonuję, też jest bardzo ważna. Posiada bardzo charakterystyczny rytm. Następstwa nawet dwóch dźwięków są u Gebirtiga krokiem ostatecznym, skończonym. Fakt wykonywania pieśni Gebirtiga w wersjach instrumentalnych ma tu również wymiar symboliczny: pieśni nie mają słów, bo nie ma już ludzi, którzy mówiliby tym językiem. W tym kontekście projekt Rogińskiego skazany jest chyba na niepowodzenie, gdyż nie przekazuje następnym pokoleniom językowych znaczeń ani nawet samego brzmienia tej mowy.

Aranżacje Rogińskiego opierają się na nagranym wcześniej przez muzyka akompaniamencie gitary rytmicznej oraz harmoniczno-barwowym wsparciu klarnetu (Paweł Szamburski) i saksofonu barytonowego (Tomasz Duda). Gitarzysta w większości zachowuje pierwotną ilość zwrotek i wewnętrzną budowę poszczególnych utworów - zostawiając jednak miejsce na partie solowe. Rolę śpiewu przejmuje głównie - wspierana w partiach solowych przez klarnet i saksofon - gitara elektryczna, której czyste brzmienie kieruje uwagę na użyte frazowanie i ornamentację. Grane unisono tematy podkreślają kameralne, wyciszone i raczej ciemne brzmienie zespołu. Instrumenty odmalowują melancholijny klimat osamotnienia i "serdeczną udrękę" będącą znakiem rozpoznawczym żydowskiej pieśni ludowej. Dzięki różnicowaniu dynamiki, trzymaniu na wodzy improwizatorskich zapędów i mistrzowskiemu samoograniczeniu się w grze zespół osiąga porażający efekt ekspresyjny: krzyk zawarty w milczeniu i ciszy. Niebagatelnym osiągnięciem grupy jest również wyeksponowanie subtelności wyrazowych melodii, szczególnie poruszające w utworach: "Szluf szojn majn kind", "A malach wert gebojrn" i "Huljet, huljet, bejze wintn".

Powściągliwe interpretacje Rogińskiego - z szacunkiem podchodzące do nutowego pierwowzoru, subtelnie dialogujące z wyłaniającą się spoza dźwięków warstwą semantyczną i wynikającymi z niej emocjami - to w dzisiejszych "niepohamowanych" czasach sposób odczytania tradycji nowy. Nowy choćby w kontekście obserwowanego w ostatniej dekadzie, kolejnego "renesansu muzyki żydowskiej" - kojarzonego głównie z działalnością wytwórni Tzadik. Rogiński nie nastawia się na szokowanie odbiorcy ponowoczesnymi gierkami formalnymi. Nie interesuje go też kopiowanie "ludycznej" stylistyki takich wykonawców, jak Kroke, Klezmatics czy Klezmer Madness. Zgodnie z przekonaniem, iż tradycja muzyczna Żydów Wschodnioeuropejskich jest wciąż żywa, muzyk po prostu podejmuje zerwany w czasach hitlerowskiej okupacji wątek. Nie rości sobie przy tym prawa do kreowania "nowej tradycji", lecz stara się kontynuować dawną tradycję w dzisiejszej Polsce - kraju, w którym mała i zepchnięta do społecznej niszy wspólnota żydowska nie odgrywa w kulturze większej roli. Młodzi polscy Żydzi w większości nie mówią w jidysz i często nie znają dobrze wielkiej kultury swoich przodków. Dlatego ta płyta nie jest wyłącznie dla nich, lecz dla wszystkich słuchaczy, którym bliska jest idea Polski wielu kultur.

Jedna jaskółka wiosny nie czyni... Starania jednego człowieka, aby zapełnić wielką, kilkupokoleniową lukę i nawiązać do przerwanej tradycji są pewnie zadaniem ponad siły, lecz tym bardziej szanuję Rogińskiego za to, co robi. Mam nadzieję, że ten skromny początek zwiastuje dzieło godnie kontynuujące wspaniałą tradycję muzyczną Żydów polskich. Czego Cukunftowi szczerze życzę.

Więcej informacji: http://cukunft.com

IRENEUSZ SOCHA



Current 93 "In a Foreign Town, In a Foreign Land " Durtro 035CD, 1997
1) His Shadow Shall Rise to a Higher Place
2) The Bells Shall Sound Forever
3) A Soft Voice Whispers Nothing
4) When You Hear the Singing, You Will Know it is Time

Current 93 to zespół, który od lat nagrywa płyty z elektroniczną muzyką eksperymentalną. Ich domeną są ciemne, industrialne, często chaotyczne klimaty eksplorujące mroczne pokłady naszej osobowości. Ostatnie ich płyty wyraźne kierują się w stronę muzyki folkowej a do ich nagrywania muzycy zaczęli używać bardziej akustycznych i tradycyjnych instrumentów.
Płyta "In The Foregin Town, In a Foreign Land" nieco odbiega od obydwu - starszej i nowszej - twarzy C93. Została nagrana przy współpracy z Thomasem Ligottim znanym pisarzem horrorów czy jak jego twórczość określa wokalista C93 David Tibet - literatury wizjonerskiej i apokaliptycznej i stanowi tło do jego czterech opowiadań, napisanych specjalnie do tej produkcji. Treści tych opowiadań nie będę ani recenzował ani przytaczał bo przecież nie jest to pismo literackie - skoncentruję się na muzyce. Najlepiej się jej słucha czytając książkę (Ligottiego albo inną w podobnym gatunku) lub po prostu leżąc z zamkniętymi oczami w ciemnym pokoju. Jest więc to muzyka ilustracyjna z gatunku dark ambient. Ciężkie długie nieznacznie modulowane dźwięki okraszone cichymi odgłosami dzwonów, jakiejś dziwnej trąby i głosem wokalisty C93 Davida Tibeta czytającego fragmenty opowiadań Ligottiego stanowią większość muzycznej treści tej tajemniczej i niepokojącej płyty. Muzyka ta jest zapisem pewnego napięcia i klimatu związanego z powieściami Ligottiego. Zaznaczam przy tym iż nie jest to muzyka tandetna, której celem jest tylko przestraszyć słuchacza, co często występuje w przypadku autorów różnego rodzaju horrorów (nie tylko literackich czy filmowych). Zawiera ona dziwną głębię daleko wykraczającą poza lęk. Jest wręcz mistyczna czy rytualna jak pieśni mnichów tybetańskich lub pieśni obrzędów Voodoo.
Warto podkreślić doskonałą realizację nagrania, dużą dynamikę dźwięku i jego niepowtarzalną przestrzeń.
Płytą powinni zainteresować się nie tylko miłośnicy Briana Eno, Oval czy innych wykonawców muzyki ambient lecz także inni melomani poszukujący nowych brzmień w muzyce.

Cpt. Sparky