|
|
Vampira Festiwal '2000
22-23 października 2000, Warszawa, klub "Proxima"
22.10 - Lorien, XIII. Stoleti, Closterkeller
23.10 - Athanor, Suns Of Arqa (z udziałem m.in. Roberta Brylewskiego, Anny Nacher i Marka Styczyńskiego), Fading Colours, Clan of Xymox
Ubiegłoroczna edycja "Vampiry" wyglądała jeszcze na zrobioną trochę "na
siłę" - do koncertu jednego zespołu (Legendary Pink Dots + solowy koncert
Kaspela i Silvermana, członków zespołu) dołącza się dwa inne (Devian i 1984)
i robi się z tego dwudniowy "festiwal" (na dodatek rozgrywający się w dwóch
salach - pierwszy dzień w Proximie, drugi w Hybrydach). Do tego dochodziła
jeszcze marniutka promocja i efekt był jaki był - frekwencja bardzo niska,
słaby odzew w mediach. W tym roku, nauczeni doświadczeniem organizatorzy zadbali o odpowiednie nagłośnienie festiwalu - pierwsze o nim
informacje pojawiły się już na wiele miesięcy wcześniej. A i sam rozmach
przedsięwzięcia znacznie przewyższał poprzednika - sprowadzono cztery
zagraniczne zespoły, na dodatek potrafiące przyciągnąć fanów
muzyki gotyckopodobnej. Nie dojechało wprawdzie zapowiadane Legendary Pink
Dots (z powodu choroby wokalisty zespół odwołał całą trasę), co zresztą
niektórzy uznali od razu za klęskę festiwalu - niewielka to jednak porażka biorąc pod
uwagę częstotliwość występów Kropek już nie tylko w naszym kraju, ale nawet
w samej Warszawie.
Na "pierwszy ogień" w niedzielę poszedł Lorien. Znając jedynie pojedyncze
studyjne ich dokonania oczekiwałem raczej kolejnej kopii Closterkellera
(ciągle ciężko uwierzyć, że grupa ta ma aż tak ogromny wpływ na oblicze
polskiej muzyki gotyckiej). Na żywo okazało się, że nie jest tak źle - mimo,
że "closterkellerowanie" dało się wyczuć, jednak Inga Skrzyńska okazała się
naprawdę dobrą wokalistką - zresztą w mojej opinii wokalistką przewyższającą
towarzyszący jej zespół, grający niestety raczej schematycznie i bez
większego polotu. Również teksty nie zachwyciły - z tego, co udało się
wychwycić, była to "gotycka sztampa" - tematy wokół upadłych aniołów, Kaina i
Abla itp. Ale jedno na pewno zwracało uwagę - wokalistka, prócz całkiem
niezłego głosu dysponowała "walorami wizualnymi". Zresztą to już powoli
staje się normą, że gotyckie zespoły (choćby Devian z ubiegłorocznej Vampiry
z prezenterką MTV Magdą Rażnikiewicz) na wokalu muszą mieć seksowne
długowłose brunetki, zresztą seksualność swoją wydatnie eksponujące.
Po Lorien ci, na których najbardziej pierwszego dnia czekano - po raz
pierwszy w Warszawie (choć bynajmniej nie po raz pierwszy w Polsce) XIII.
Stoleti. Zespół, którego fenomen popularności w naszym kraju nie przestaje
mnie zadziwiać od dłuższego czasu - i jak wygląda, jeszcze przez pewien czas zadziwiać mnie nie przestanie. Oto bowiem na koncercie okazało się, że wcale
nie jest to kapela u nas popularna - to po prostu kapela kultowa! Tłumy
ludzi pod sceną (i to bynajmniej nie w wieku wczesnolicealnym), reagujących
ekstatycznie na prezentowane utwory, niejednokrotnie śpiewający (po czesku!) teksty całych
utworów - niesamowita sprawa. Negatywnie nastawiony do Czechów po
wysłuchaniu ich dwóch ostatnich płyt podszedłem jednak do koncertu bez
uprzedzeń, licząc, że spełnią się zapewnienia, że dopiero na żywo zespół
potrafi pokazać wszystkie swoje zalety. I co się okazało? Muzyka taka jak na
płycie, czyli proste, rockowe granie o w sumie lekkim zacięciu gotyckim - choć często to
"zacięcie" widoczne głównie w "wampirycznych" tekstach, śpiewanych głównie
po czesku, często z angielskimi refrenami (sic!). Czasami pojawiają się
teksty w całości po angielsku ("London After Midnight"), ale z wyraźnie
wyczuwalnym dla Polaków czeskim akcentem. Gitarki proste, o solówkach lepiej
nie wspominać. Tak jak na "Metropolis" niepodzielnie rządzą klawisze - w
pewnych momentach wręcz całe utwory wykonywane były jedynie na perkusji i
dwóch klawiszach (z których jeden obsługiwany był przez basistę, próbującego
odtworzyć na nim brzmienie basu). Do tego linie melodyczne bardzo bardzo
skromniutkie, niejednokrotnie grane przez dziewczynę na klawiszach dosłownie
dwoma palcami... Ale skoro doszliśmy do dziewczyny na klawiszach -
rzeczywiście "warstwa wizualna" XIII. Stoleti przedstawia się nad wyraz
imponująco. Ollie Rysava - słyszałem, że jest śliczna, ale nikt nie
uprzedził mnie, że aż tak bardzo. Nie był to typ "wampa", jak w przypadku
Lorien - po prostu bardzo ładne dziewczę, potrafiące przykuć do siebie
(męski) wzrok. I na pewno lepiej niż gra na klawiszach wychodził jej taniec.
Powoli wychodzę na seksistę, który w trakcie gotyckich koncertów przygląda
się jedynie wykonawczyniom, ale co mi tam...
Ale - żeby trochę zachować twarz - nie tylko Ollie przykuwała uwagę.
Zjawiskowy jest też Petr Stepan, lider grupy, potężny facet, przez większość
koncertu występujący w ogromnym kapeluszu, a po odłożeniu gitary wciągający
na scenę rekwizyty w stylu czaszka kozła (?) nabita na potężny pal (w
"Stonhenge")... Kicz? Oczywiście że kicz, ale coraz bardziej przychylam się
do opinii, że to kicz zamierzony, wkalkulowany w image zespołu. Choć jeśli
ktoś chce w tym przekonaniu pozostać, niech lepiej nie wczytuje się w
wywiady ze Stepanem - okaże się bowiem, że facet podchodzi do spraw
wampiryzmu chyba ze śmiertelną (nomen omen) powagą.
Oczywiście najżywiołowiej reagowano w trakcie największych przebojów -
"Candyman" i "Elizabeth", czy też, pochodzącym z ostatniej płyty
"Fatherland". I muszę przyznać, że choć fenomen popularności grupy ciągle
nie jest dla mnie do końca zrozumiały, wrażenia po koncercie mam mieszane z
przewagą pozytywnych (przy oczywistym przymrużeniu oka). Sam nawet,
upewniwszy się wcześniej że nikt znajomy nie widzi, pomachałem sobie
momentami głową podśpiewując pod nosem "Candyman, Candyman, Black
Nosferatu..."
Dobra - bo rozpisaliśmy się. Po Czechach Closterkeller. Też już chyba zespół -
legenda. Nie wszyscy zostali na ich koncercie, czemu zresztą ciężko się
dziwić pamiętając, że zespół zaczął grać ostro po północy. A sam
Closterkeller? Mimo słyszalnych tu i ówdzie opinii, że powoli dogorywa (sama
Anja zapowiedziała, że nie będą tworzyć ani nagrywać nowych utworów a
koncerty będą polegały na odgrywaniu starych utworów), nie było tak źle.
Według zapowiedzi miał to być "ciężki koncert" - i w zasadzie tak było (choć
przyznam, że z lżejszym wydaniem Clostera raczej nie chciałbym się
zapoznać). Anja Orthodox wystąpiła w długiej, jaskrawoczerwonej sukni, na
którą narzuconą miała czarną pelerynę (jak zrozumiałem, należącą wcześniej
do ś.p. Tomka Beksińskiego, od którego ją odziedziczyła - hmmm...). Tyle, że niewiele osób dotrwało do końca koncertu - ale ciężko temu się dziwić, jeśli koncert, na skutek różnorakich opóźnień rozpoczyna się po północy.
Drugi dzień rozpoczął Athanor. Ich koncert chciałem sobie podarować, bojąc się,
że moja alergia na gotycki metal utrudni odbiór następnych wykonawców. Ale
przed sceną zatrzymała mnie znowu oprawa wizualna koncertu - wokalista grupy
wystąpił bowiem spektakularnie przebrany za swoiste monstrum w
długim czerwonym płaszczu ze szpiczastym kapturem i przerażającej masce,
powodując istny szturm fotografów, którym zresztą ochoczo pozował,
przybierając "bojowe" pozy. Miał też ponoć być wniesiony na scenę w trumnie
(której egzemplarz zespół przywiózł aż ze Szczecina), jednak ze względu na
rozmiary sceny z pomysłu tego (chyba na szczęście) zrezygnowano. A muzyka? Ze
względu na wspomnianą już alergię ciężko mi pisać o gotyckiej odmianie
metalu, ale mam wrażenie, że Athanor zaprezentował się nie najgorzej -
szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę młody wiek jego członków. No i
oczywiście nie mogło zabraknąć ładnej, długowłosej brunetki w chórkach...
Po Athanorze nastąpiła kolej na największa sensację wieczoru - koncert Suns of
Arqa. Od pewnego czasu SPV Poland zapowiadało, że jeszcze w tym roku w
naszym kraju grupa nagrywać będzie kolejną płytę z udziałem muzyków
polskich. Firma nie chciała zdradzać szczegółów, zapowiadała jedynie, że
"szykuje się wielkie muzyczne WYDARZENIE". I oto na koncercie sprawa
częściowo się wyjaśniła - wśród muzyków, towarzyszących Michaelowi Wadadzie
pojawili się m.in. Marek Styczyński i Anna Nacher,
tworzący Projekt Karpaty Magiczne oraz Robert Brylewski (obecność którego akurat zaskoczeniem
nie była - z Wadadą znają się od zeszłego roku, kiedy to po
ten ostatni zamieszkał na kilka dni pod Warszawą w domu Roberta i gdzie
obaj szybko ponoć poczuli wspólne wibracje). Efekt - więcej niż interesujący.
Wyraźnie zakorzenionej w Indiach muzyce, wykonywanej za pomocą sitara, skrzypiec i
innych przedziwnych instrumentów, towarzyszyły piękne zaśpiewy A. Nacher i
dubowe pochody basowe Roberta, który szybko poradził sobie z początkowymi
problemami z wkomponowaniem brzmienia basu w muzykę S.O.A. I, co najbardziej
zaskakujące - akustyczne dźwięki zostały naprawdę całkiem nieźle przyjęte przez
"wampirzą" w końcu publiczność. Po prostu dobra muzyka obroni się w każdych
okolicznościach. A na dodatek muzyków dotknął "zaszczyt" emisji krótkich fragmencików występu i rozmowy przez Vivę Polska (gdzie zresztą Anna Nacher podpisana została jako "Anna Majcher").
Chyba jedyną, ale za to poważną wadą był czas trwania koncertu - ze względu na
opóźnienia cały występ trwał niewiele ponad pół godziny.
Michael Wadada przyjął fakt skrócenia występu ze spokojem, czego nie można
powiedzieć o następnym zespole - Fading Colours, których wokalistka głośno
wyrażała swe niezadowolenie z ograniczenia ich występu do zaledwie czterech utworów. No bo i ciężko niezadowoleniu temu się dziwić - zespół przygotowuje się tygodniami (jeśli nie miesiącami) do występu, po czym nagle każe mu się obciąć repertuar o połowę. A efekt przygotowań był widoczny - elektronicznym dźwiękom, wydobywanym przez braci Rakowskich prócz wokalu De Coy towarzyszyły nieźle wkomponowujący się w muzykę "wyimki" z klasycznych filmów grozy. A do zdenerwowania wokalistki przyłożył się jeszcze jakiś pajac, który nie wytrzymawszy chyba napięcia seksualnego zaczął domagać się strip-teasu. Cóż...
Na koniec Clan of Xymox. Tu sprzeczne wrażenia - z jednej strony naprawdę urocze utwory, w znacznej mierze z najlepszego okresu grupy. Nie słuchałem zespołu chyba z 10 lat i naprawdę łezka w oku mogła się zakręcić. Ale z drugiej strony przeszkadzała świadomość, że grupa jednak jest już na straconej pozycji, że de facto stała się kolejnym dinozaurem, żyjącym wyłącznie z odgrywania starych utworów. Że gdybym trafił na ich koncert 13 czy 14 lat temu, wyglądałby on identycznie. Że to wszystko jest strasznie wyrachowane - że nie mogąc zdobyć popularności na polu muzyki popowej (czy
wręcz dyskotekowej) grupa cynicznie żyje na sentymentach starych fanów,
dodatkowo jeszcze tworząc obecnie rzeczy wtórne, wyraźnie nawiązujące do
"klasyków" gotyku. A co jak co, ale pewnej oryginalności starej "Medusie" odmówić nie można. Na dodatek jeszcze ogromne partie muzyki odtwarzane były z taśmy...
I tak to, w zasadzie dzięki pomyślnemu zbiegowi okoliczności obejrzałem
festiwal w założeniu chyba gotycki, który wcale tak bardzo gotycki nie był... I gdyby nie
pewne niedociągnięcia organizacyjne (choćby opóźnienia i przetrzymywanie
tłumu ludzi przed koncertem w malutkiej, zatłoczonej do granic możliwości
salce), ogólne wrażenie byłoby bardzo pozytywne. Szczególnie po zaskoczeniu
w postaci Suns Of Arqa.
Darek Anaszko
zob. także:
- nasza prezentacja płyty, będącej biletem na festiwal oraz wytwórni Vampira Records, wydającej m.in. nagrania Legendary Pink Dots i Suns Of Arqa
- oficjalna strona festiwalu http://www.vampira-festival.rockmetal.art.pl
- relacje z festiwalu na nuta.pl, rockmetal.pl oraz na xl.com.pl
|
|