prześlij swoją recenzję :::: recenzje @ terra soundtralis incognita ::::
Pan American "360 Business / 360 Bypass" Mute
Kolejna płyta grupy Marka Nelsona (Labradford) nagrana gościnnie z udziałem Roba Mazurka (Chicago Underground Duo) Alana Sparkhawka i Mimi Parker (Low) prowadzi nas ścieżkami znanymi z debiutanckiego longplaya wydanego na Kranky w 1997. Na najnowszej produkcji Nelson przenosi nas w świat znany z debiutu, tyle że bardziej podrasowany elektroniką, bardziej abstrakcyjny i jeszcze bardziej wyciszony. Od strony aranżacyjnej słychać pewną różnicę: utwory, w porównaniu do pierwszej płyty uległy wydłużeniu, co pozwoliło na pełniejsze ich nasycenie gęstą otoczką efektów i pełzających szmerów. Dubowa stylistyka nadal miękko buja słuchacza a pojawiające się gdzieniegdzie monotonne damskie wokale otulają niczym ciepła pierzyna. Czasami rozpędzone, innym znów razem subtelne, bardziej skupione i skondensowane partie rytmiczne napędzają całość w sposób delikatny i wyrachowany, lecz mimo to słuchanie Pan American w samochodzie podczas wieczornej jazdy przez kanion Kolorado przyniosłoby wiele radości. Jest więc inaczej niż na debiucie - z zadymionych sal klubowych w których unosi się leniwy duch atmosfery Kingstone z lat 60 wpisany w postrockową harmonię i oszczędność, Pan American przeniósł nas w równie zadymioną salę klubową, gdzie nie zgasło jeszcze echo The Orb i dubowych syntetyków z przełomu lat 80/90. Jedni powiedzą, że analogowy nerw słyszalny na "360 business
" to oldskulowy niuskul, ale dla mnie Nelson wyrzuciwszy gitarę przez okno przepoczwarzył się na nowej płycie w hybrydę Gas i Alexa Patersona z okresu "Blue Room". Ładne, ale bez rewelacji.
Kamil Antosiewicz
Pan American "S/T" Kranky 1997
O.K., kolejny postrockowy gniot, mógłby ktoś powiedzieć. I jest w tym stwierdzeniu nieco prawdy. Płyta Pan American, grupy założonej przez Marka Nelsona z Labradford jest kolejnym argumentem w ręku wszystkich, którzy twierdza, iż postrock to gatunek eklektyczny, nie wnoszącym do muzyki zbyt wiele nowego. Na tej płycie w znacznie większym stopniu niż na albumach Tortoise, Ui, czy kilku innych grup z tego samego kręgu słychać, jak ciężko jest uciec od jakichkolwiek wpływów, odniesień i skojarzeń. Chłopcy grają prawie że piosenkowo, lekko, leniwie i - niestety - bez większej wyobraźni. Brakuje im wręcz przysłowiowych jaj i charakterystycznej dla rocka wirtuozerii. Ta twarz postrocka jest najbardziej dosłowna i prosta. Smętne, zdubowane kawałki przynoszą dawkę chłodnej i niewesołej muzy. Gitara, bas, trochę instrumentów perkusyjnych. Jeden, dwa akordy na utwór to aż nadto. Trochę efektów. Bossanova. Niewyraźny wokal, który od niechcenia nuci sobie coś pod nosem. Podobne rzeczy w wykonaniu robiło Joy Division wiele lat temu, a potem Loop i inni post-psychodeliczni brytyjczycy. Tyle że Pan American jest ze Stanów, a tam nie grało się tak nigdy - stąd pewno sukces grupy. Pozycja dla niewymagających, którzy chcą sięgnąć po coś mało zobowiązującego i lekkostrawnego. Ani świetna, ani zła, ani ciemna, ani jasna, ani ciepła ani zimna. Dobre piosenki, które z biegiem czasu okazują się być takie sobie.
Kamil Antosiewicz
Panasonic "Vakio" Sahko/Blast First 1995
Pierwsza długogrająca (po wydanej w 1994 roku epce zatytułowanej po prostu "Panasonic") pozycja w dorobku Finów. Słuchając tych nagrań po raz pierwszy, trudno nie odczuć dziecinnej wręcz radości, z jaką Mika Vainio oraz Ilpo Vaisannen eksplorowali świat analogowych instrumentów. Ale daleko Pan Sonic do dziecinnych igraszek. Bliżej za to do Suicide, Throbbing Gristle, czy Einsturzende Neubauten, wymienianych z resztą jako źródła inspiracji. Na debiutanckim krążku dużo jest więc rytmu i atonalności zmieszanych z dzikimi, analogowymi wibracjami; dużo pozornie niepotrzebnych trzasków i sinusoidalnych modulacji układających się w struktury rytmiczne. Nad "Vakio" unosi się duch starych, topornych w brzmieniu syntezatorów modularnych, generujących najmniej oczekiwane częstotliwości w najmniej oczekiwanym momencie. Słuchając jej można odnieść wrażenie, że muzycy z sadystyczną przyjemnością męczą nasze uszy. Nie jest to przecież płyta hi-tech. Co więcej, nie jest również ciepła i przyjemna ani wesoła i taneczna. Może właśnie dlatego podoba się, zupełnie tak jak klaustrofobiczna "1" Suicide, zgrzytliwy "2nd Annual Report" TG i brutalny "Kollaps" Einsturzende Neubauten. Klasyk.
http://www.sci.fi/~phinnweb/panasonic/
Kamil Antosiewicz
Pan Sonic "A" Blast First/Mute 1999
"A" jest kolejną doskonale wyprodukowaną i przełomową pozycją w dyskografii fińskiego duetu. (który, jak zapewne część z nas się domyśla, musiał zmienić nazwę ze względu na kwestie prawne wysunięte przez przedstawicieli znanego japońskiego koncernu). Sympatyczny misio z koralików, którego fotografia zdobi wnętrze minimalnie wydanego digipacku, zerka w nieznanym kierunku. W tym kierunku zmierzamy zapewne i my, niesieni przez co raz to nowsze osiągnięcia cywilizacji. Oczywiście cywilizacja ta, poza dobrodziejstwami, produkuje również ogromne ilości śmieci. Muzyka Pan Sonic doskonale wpisuje się w czasy w których żyjemy - na tym zasadza się jej siła i nowatorstwo. Resztki cyfrowych informacji, sygnały emitowane przez rozmieszczone na całym świecie nadajniki, niechciane brudy, szumy i elektrostatyczne trzaski filtrowane wprawną ręką inżyniera dźwięku w dobrze wyposażonym studiu nagraniowym - to wszystko skrzętnie wielbione jest przez Finów. Odpowiednio spreparowane trafia na płytę. Są to jednak śmieci najwyższej próby - niech nie zniechęca nas pochodzenie materiału dźwiękowego. Pan Sonic przynosi nam na tacy sterylne, wyrwane z kontekstu strzępy oraz echa zer i jedynek. Momentami przybierają one formę zadziwiająco spójną i zwartą, innym razem ich natura ma charakter bardziej chaotyczny. Na "A" wysublimowane brzmienia układają się we wściekłe rytmiczne pochody, by za chwilę zgasnąć i przeistoczyć się w ambientową plamę skomponowaną przy pomocy białego szumu. Spokojniej tu i mniej industrialnie niż na "Vakio", czy "Kulma". Mimo to nadal zimno, choć z ogromną ilością emocji. Dźwiękowe misterium, wyprzedzające o całe dekady liczne klony tworzone przy pomocy 808-ek i 909-ek, które już dawno zaczęły pożerać własny ogon.
http://www.sci.fi/~phinnweb/panasonic/
Kamil Antosiewicz
JEFF PARKER
"Like-Coping" Delmark
Płyta, która rozpoczyna się kompozycją "Miriam", przypominająca melancholijny giatarowy jazz trio, zaledwie trzy utwory dalej przemienia się w istny noise-fest, gdzie króluje chaos. Gitarzysta Jeff Parker od ponad dzisięciu lat znany jest na scenie jazzowej wywodzącej sie z Chicago. Grał z takimi grupami jak Isotope 217, Chicago Underground Quartet, Tortoise, New Horizons Ensemble i Tricolor. Co mnie trochę zadziwiło jest fakt że "Like-Coping" jest dopiero pierwszą płyta Jeffa podpisaną własnym nazwiskiem. Tak jak już wspomniałem, utwory sa różnorodne. Chociaż znaczna większość całości trzyma sie tradycyjnym definicjom jazzowego tria z gitarą na czele, znajdują sie też niespodzianki. Są też chaotyczne kawałki, takie jak "Holiday For a Despot", gdzie Jeff idzie na całość na swoim drugim instrumencie, czyli Korg MS-20. Biorąc po uwagę resztę tria perkusistę Chada Taylora i bassistę Chrisa Lopesa utwór ten rzeczywiście zasługuje na wyróżnienie. Gra Jeffa przypomina czasami orgie Sun Ra na organach w okresie "My Brother The Wind, Vol. II". Żałuję tylko że na "Like-Coping" nie znalazło się więcej utworów przypominających słuchaczom, że jazz jest żywą muzyka i że zamiast patrzeć wstecz, zawsze trzeba myśleć o przyszłości, o nowoczesności.
Tom Sękowski
Pathman "...Poza..."Mik Musik 2001
Muzyka drogi artystycznej (Wojt3k powiedziałby "postępująca"). Pathmeni podejmują wątek tam, gdzie Atman go porzucił. Co istotne, Pathman znalazł dla siebie oryginalną ścieżkę, czego wielu nie wróżyło mu po rozpadzie Atmana i kilku ostatnich latach poszukiwań. Program płyty został tak ułożony, że podkreśla ten proces przechodzenia: od atmosferycznych impresji typowych dla wczesnego Atmana przez coraz bardziej przetworzone kompozycje elektroakustyczne, aż po utwory tak "elektroniczne" i "minimalne", że swobodnie mogłyby się znaleźć na którymś z krążków Mołr Drammaz (indeksy [3] i [6]). O ile Styczyński do dziś traktuje elektronikę raczej nieufnie i ozdobnie tylko, to dzięki Wojtkowi Kolecki (głównie gitary) i Leszczyński (głównie cymbały) zyskali kumatego partnera, który w miarę bezboleśnie wprowadził ich do świata współczesnych brzmień. Muszę przyznać, że trochę szkoda, że przy okazji ci dwaj panowie nie "wprowadzili" Wojtka do świata strukturalnej kompozycji i estetyki przednowoczesnej, bo wtedy byłaby równowaga w sensie wzajemnych wpływów artystycznych i zastosowanych środków wyrazu. Mimo to płyta może się podobać, bo rozgrywa się w rzadko odwiedzanych (przynajmniej w naszym kraju) obszarach muzycznych, gdzie przenikają się swobodna improwizacja i kompozycja; świadomość etnomuzykologiczna i popkulturowa; świat brzmień egzotycznych ze względu na proces historyczny i budowę instrumentów, jak i ze względu na zastosowane środki przetworzenia dźwięku; postawa muzyka jako kompozytora-wykonawcy i jako odtwórcy-producenta. Ot, katalog strategii współczesnego muzyka, które są o tyle ważne, o ile potrafią pokonać przeciwieństwa i stać się nie tyle POZĄ, co WYKROCZYĆ POZA ograniczenia muzycznych - materii, czasu i przestrzeni. Ze względu na fakturę, opowieść lub energię podobają mi się ścieżki [2], [4], [9] i [10], gdzie mamy do czynienia ze wszystkim, co najbardziej charakterystyczne dla tworzących grupę artystów: humorem i uroczą perkusyjną niezgrabnością Wojtka, świetlistą wzniosłością cymbałów Leszczyńskiego i gitarowym (czasem "przybrudzonym") liryzmem gitary Koleckiego. Sądzę, że zespół stać na wiele więcej, zatem będę pilnie śledził jego artystyczną wędrówkę.
Ireneusz Socha
Prezentację większości utworów z tej przygotowywanej do wydania płyty znajdziecie tutaj
Penumbra "Skandinavien" Iris Light Records
(dystrybucja: Target)
Akifumi Nakajima aka Aube nagrywa właśnie z legendą postindustrialu, Zoviet France, a w tak zwanym międzyczasie ukazała się solowa płyta jednego z członków ZF, który ukrywa się pod szyldem Penumbra. Kompozycje balansują pomiędzy elektronicznym ambientem a field recordingiem - nagraniami zebranymi w tytułowej Skandynawii z pomocą mikrofonu. Powstał w ten sposób frapujący portret Skandynawii. Spokojny, relaksujący, mroczny ale nie do końca spójny. Postindustrial uległ wyciszeniu, gdyż Penumbra penetruje niskie rejestry syntetycznych brzmień, podsycając je subtelnym pulsem. Znikły szumiące, niestaranne i przez to fascynujące bezkresy znane ze starszych płyt ZF. Zamiast tego mamy klarowne, choć nie pozbawione głębi darkambienty z technoidalnym nerwem. Połowę utworów wzbogaca jednostajny rytm, który osiąga apogeum w kawałku "A Week In The Black Box". Stąd już tylko krok w kierunku techno-transowej papki. Jednak fragmenty pozbawione niepotrzebnego, moim zdaniem, rytmu dają się słuchać i stanowią wspaniałe tło do podroży ponad monumentalnymi skandynawskimi górami.
Kamil Antosiewicz
People Like Us "Hate People Like Us" Staalplaat 1997
Plądrofonia to termin niezbyt wdzięczny, acz trafnie oddający charakter kierunku który narodził się na przełomie lat 70 i 80, czerpiąc z tradycji musique concrete i elektroakustyki lat 50 (szerzej pisaliśmy o tym w numerze pierwszym "AK"). Minęło wiele lat a kolejne produkcje wrzucane do pojemnego wora pod nazwą plądrofonia zachowują świeżość i nadal zaskakują.
Charakter poszczególnych płyt wyznacza przede wszystkim materiał służący za punkt wyjścia do dalszej obróbki. Reszta jest kwestią erudycji autora. Pozbawione kontekstu dźwięki zaczynają kiełkować na nowym gruncie i dają owoce o różnej konsystencji miąższu, różnym smaku i barwie. Jedne są gęste i służą za narzędzie komentujące świat wokół nas, inne znów fikuśne, zabawne i beztroskie.
People Like Us, niesforne dziecko pani o nazwisku Vicky Benett, znajduje się na styku ukutych naprędce charakterystyk a jej "Hate People Like Us" zasługuje na naszą szczególną uwagę ze względu na profil i zawartość. Jest to niezwykła płyta, gdyż zawiera remiksy pracy, która sama w sobie jest już kolażem. Materiał z wcześniejszych albumów uległ tu rozczłonkowaniu, wtórnemu poszatkowaniu i jeszcze głębszej dekonstrukcji. Kolejne wcielenie znanych z wcześniejszych płyt dźwięków o rozmaitym pochodzeniu: zapomnianych taśm instruktażowych i propagandowych, komentarzy z anteny radiowej, absurdalnych słuchowisk; te i inne strzępy naszej rzeczywistości zostały zlepione przez Vicky a następnie zremiksowane przez artystów różnej maści: muzyków wielkich, mniej znanych, lecz zawsze intrygujących. Lista nazwisk jest długa i miodna, więc ograniczę się do największych: Bruce Gilbert, Negativland, Coil, Boyd Rice, Farmers Manual, Mika Vainio, Christoph Heeman. Plus wielu, wielu innych.
Dwukompaktowy album (nie wiedzieć czemu, jej amerykańska edycja wydana przez Soleilmoon jest okrojona z jednego kompaktu) to nieco subiektywny przegląd tego co w PLU najlepsze. Każdy z artystów odcisnął na płycie (wyraźne, lub tylko nieznaczne) piętno: Death In June autoironicznie wmiksowali rubaszne podrygi w niebiańskie chóry; Stock, Hausen & Walkman zagęścili radiową rozmowę analogowym plumkaniem, by zaraz odwrócić całość do góry nogami i wielokrotnie ją zwolnić, Boyd Rice zaprezentował za to fragment nagrania służących do uświadamiania nastolatek ich kobiecości, w finale którego siostra ciekawej problemów dojrzewania dziewczynki zamierza jej zaprezentować swoją podpaskę, gdyż właśnie przechodzi okres. Inwencja ludzka nie zna granic: plumkanie balasków w oczku toalety przeplata się z reklamami Lycry (jednego ze sponsorów wcześniejszej płyty), która przeplata się z bawarskimi zaśpiewami, które przechodzą w nienaturalnie sztuczne dialogi z taśm do nauki angielskiego. Wyliczanka nie ma końca. I nie może mieć końca.
"Hate People Like Us" ma wymiar globalny, ponadczasowy i uniwersalny. Gdy słucha się tej płyty trudno nie zadać sobie pytania, czy zwierciadło w którym odbija ona nasz świat jest rzeczywiście krzywe ? Choćby odrobinę ?
Kamil Antosiewicz
People Like Us "Hate People Like You" Staalplaat 1997
Muzyka, jak wiemy, służy nie tylko wesołemu przytupywaniu (o zgrozo), lecz również innym celom. Za poprawianie samopoczucia nienarodzonych dzieci wziął się Micky Hart nagrywając płytę "Music To Be Born By", za ukolorowienie ponurego klimatu hal lotniskowych i wind wziął się Brian Eno. Vicky Venett, jedyna członkini PLU poszła w ślady prześmiewców z Negativland i słynnych plagiatorów w stylu Johna Oswalda, łącząc muzyczny kolaż i społeczny komentarz w jedną, niewątpliwie udaną całość. Makabryczny Easy Listening, sprytnie poszatkowane antenowe rozmowy o niczym, tandetne filmy grozy klasy "d" rażące sztucznością dialogi z taśm do nauki angielskiego - to wszystko znajduje się na niniejszej płycie. A czemu służy ? Boleśnie piętnuje. I, o nie, mam nadzieję, że nie piętnuje Nas. Venett celuje w głupotę, kicz, blichtr i miernotę kultury masowej, spędzających całe dnie przed srebrnym ekranem, karmionych reklamowo-soap-operową papką. Czy jest to tylko krytyka ? Nie sądzę. Pewna nutka nieodpartej fascynacji i sympatii kryje się za tym prześmiewaniem. Jak bowiem wytłumaczyć obecność reklamy oficjalnego sponsora wydawnictwa na samej płycie ("You can't look better than with Lycra") ? Czy oklepany do bólu temat "Jet'aime" mógł samoistnie wyłonić się z diabelskiego dronu, aby po chwili stać się tylko tłem dla zsamplowanych, romantycznych rozmów z japońskich filmów ? Z pewnością nie - sama chęć wykpienia czegoś poprzez sztukę nie wystarcza, aby mogło pojawić się porywające dzieło. Każdy, kto pragnie zrównać coś z ziemią, nie uczyni tego dobrze, jeśli w paradoksalny sposób nie pokocha obiektu swojej nienawiści. Obsesja jest więc częścią składową każdej fascynacji, a Vicky Venett, choć na wstępie zapewnia, ze pewnych osób nie lubi, z całego serca ich kocha. Bez nich, nie mogłaby nagrać tak fajnej płyty. Doskonale zmiksowany świat w pigułce. "Hate People Like You" powinna być wysłana w kosmos zamiast złotej matrycy z wyrytą parą golasów, którzy trzymają rękę w uniwersalnym dla Ziemian pokojowym geście.
Kamil Antosiewicz
ANATOLY PERESELEGIN "Download the God" Electroshock Records
Potężna dawka elektroakustycznych emocji zaserwowana przez twórcę z Jerusalem. Muzyka prezentowana przez Anatoly'ia jest pełna religijnych uniesień w sensie poszukiwania języka porozumienia się z boską istotą. Mamy więc dualistyczne obrazy- z jednej strony tradycja, w jakiej przyszło wychować się Pereseleginowi, z drugiej ciągoty w stronę eksperymentu. Obok siebie, właściwie wewnątrz siebie brzmi szalona orkiestra i minimalistyczna estetyka. Wewnątrz tego obrębu biorą się za karb elektroakustyka i umiejętna improwizacja. Orient i klasyka poszukiwań na polu eksperymentu muzycznego. Głęboka medytacja i szalone wojaże po całej gamie dźwięków. Muzyka osadzona w tradycji i w poszukiwaniu nowych form wyrazu. Jest w tym zrównoważenie i szaleństwo. Puszczenie wodzów fantazji i kontrolowanie projekcji na planach astralnych. Co ciekawe rzecz ma się w ten sposób w każdym utworze i w tej próbie zjednania przeciwstawieństw tkwi cały urok. Kolejna udana propozycja ciekawej rosyjskiej wytwórni.
Patrz: www.electroshock.ru
Artur Mieczkowski
PIECES OF BRAIN ARHYTHMIC VISIBLE MUSIC (Tone Industria FCD 141)
City Of Bones; Darker Than Night; Our Homeland: Goodness, Goodness, Goodness; Crash The Car, Daddy; A Murder Of Crows; Mischief Of Rats; Indications Of Trauma; Accidents And Emergencies.
Muzycy: Mazzoll, klarnet, klarnet basowy; Jon Dobie, gitara, saksofon altowy; Sławek Janicki, kontrabas; Jacek Majewski, perkusja, instrumenty perkusyjne.
Scena tak zwanej nowej muzyki improwizowanej zawsze odznaczała się płynnością konfiguracji personalnych. Profesja muzyka improwizującego polega przecież w dużej mierze właśnie na ciągłej otwartości na nowe inspiracje i gotowości do podejmowania najróżniejszych wyzwań artystycznych. Dlatego też nie dziwi fakt współpracy gitarzysty Dereka Baileya z... Patem Methenym czy reprezentującego tę samą specjalność instrumentalną Noela Akchote z tuzami w rodzaju Eugenea Chadbournea bądź Marca Ribota i... z mało znanymi muzykami polskimi. W kręgu bydgoskiego Mózgu podobnie. Sławek Janicki grywa na przykład w duecie ze słynnym wirtuozem tuby Zdzisławem Piernikiem (przy okazjonalnym współudziale niżej podpisanego jako głosu recytującego), a z drugim ojcem-założycielem klubu, Jackiem Majewskim w dwóch zespołach: Pieces Of Brain (składu dopełnia brytyjski multiinstrumentalista Jon Dobie) i Arhythmic Brain (trzecim członkiem jest znany w kręgach yassowych Mazzoll).
Dotychczasowy dorobek fonograficzny tych grup to, odpowiednio, Crash The Car, Daddy (2001) i From The Beginning To The End (2003). Płyta obecna stanowi niejako ich syntezę: skład Pieces Of Brain został tu bowiem rozszerzony o Mazzolla.
Podobnie jak From The Beginning To The End, album ten został nagrany podczas koncertu w Mózgu (6 maja 2003 roku). Można też z powodzeniem odnieść doń następujące cytaty z informacji promocyjnej a propos płyty Arhythmic Brain: radykalne i bezkompromisowe podejście do rytmu, melodii i harmonii oraz oscylacja między free, współczesną kameralistyką poważną a improwizacją totalną.
Radykalne i bezkompromisowe podejście można oczywiście rozumieć dość dowolnie, a tego, gdzie dokładnie przebiega granica między free a improwizacją totalną nie wie do końca chyba nawet sam Ornette Coleman (którego koncert w Mózgu pozostaje w sferze w miarę upływu czasu coraz bardziej utopijnych marzeń kierownictwa). Tak czy inaczej, mamy tu do czynienia z muzyką raczej statyczną, gdzie narracja polega w dużej mierze na zagęszczaniu i eskalacji dynamicznej plam dźwiękowego brudu. Wyczuwa się tu wszakże swoistą logikę muzycznej opowieści choćby w pierwszych trzech, tworzących w miarę jednolity ciąg utworach, gdzie na początku rozbrzmiewa monolog klarnetowy na arytmicznym podkładzie perkusyjnym, a pod koniec amorficzny chaos dźwiękowy przeradza się pulsację riffową, która może nasuwać skojarzenia z... hard rockiem. Podobnie później: kolejna porcja zamierzonej dezorganizacji znajduje ujście w najbardziej zdyscyplinowanym formalnie i narracyjnie najlepszym bodaj na płycie utworze finałowym. Jesteśmy tu, innymi słowy, na średnim poziomie koncertowych produkcji Henry Cow co, zważywszy na historyczną rolę tej grupy w dziele fuzji rocka, jazzu i awangardowych form muzyki zwanej poważną, jest bezsprzecznie komplementem.
Gwiazdek: trzy
Posłuchaj prezentacji płyty w naszym sklepie
Andrzej Dorobek
PIECES OF BRAIN "CRASH THE CAR DADDY" (Mózg Production/No Wave MCD 006/NWCD 009)
Muzycy: Jon Dobie, gitara, saksofon altowy i sopranowy; Sławek Janicki, gitara basowa, kontrabas; Jacek Majewski, perkusja, instrumenty perkusyjne.
Pojęcie "muzyka improwizowana" często bywa używane zamiennie z "jazzem" - co wydaje się niesłuszne zarówno dlatego, że już romantyczni tytani fortepianu regularnie wypełniali swe występy improwizacjami na znane tematy, jak i dlatego, że nie wszystko, co współcześnie jest muzyką improwizowaną, musi być akurat rozpoznawalnym gatunkowo jazzem. Może też z tego właśnie względu ponad ćwierć wieku temu zaczęto mówić o "nowej muzyce improwizowanej", wywodząc ją od brytyjskiej grupy Henry Cow - czołowego zespołu awangardy rockowej, inspirującego się zarówno free jazzem i współczesną muzyką "poważną", jak i propozycjami Franka Zappy czy... rhythm-and-bluesowych grup w rodzaju The Yardbirds. W tym też kontekście lokalizować trzeba debiutancki album polsko-brytyjskiego tria Pieces of Brain.
Jego części składowe to dwie półkule znanego bydgoskiego klubu "Mózg", czyli Sławek Janicki i Jacek Majewski, oraz bardzo tu ważna przysadka w postaci Brytyjczyka Jona Dobie, znanego ze wcześniejszej współpracy z grupą B Shops For The Poor (określaną czasem jako "Henry Cow lat osiemdziesiątych") i ze słynnym niemieckim free jazzowcem Peterem Brotzmannem. Grając razem przez mniej więcej trzy lata (1998-2000), stworzyli syntezę, w której wspomniane wyżej powinowactwa są łatwo zauważalne - dodać może trzeba jeszcze innego guru free jazzu, Alberta Aylera (bohatera kompozycji Janickiego Ayler's Song) i Charlie'go Hadena (autora tematu Human Being).
Otrzymujemy tu więc pokaźną dawkę muzyki (ponad 50 minut), gdzie bez mała hard rockowa pulsacja (Neck by Neck) rozpływa się w swoiście impresjonistycznych pejzażach elektrycznego brudu dźwiękowego (Blaze of Glory), chwilami zatracających o sonorystykę "industrialną" (That Sinking Feeling). Podobnie jak w przypadku Henry Cow, jest to muzyka, która sprawdza się najlepiej w bezpośrednim doświadczeniu koncertowym - inaczej bowiem może trochę razić monotonią rozwoju formalnego (Ayler's Song) czy niedostatecznym skontrastowaniem całości pod względem dynamiczno-agogicznym. Tak czy inaczej jednak, mamy tu do czynienia z płytą pod wieloma względami wyjątkową na rodzimym rynku: ze względu na wybitnie atrakcyjną szatę edytorską, równoczesną promocję polską (Mózg Production) i brytyjską (No Wave), multimedialny "bajer" w postaci jednego tak zwanego video track i - przede wszystkim chyba - ze względu na pozytywną recenzję w prestiżowym brytyjskim magazynie "Wire", gdzie basową półkulę "Mózgu" określono jako "doprawdy nieokiełznaną".
Gwiazdek: trzy
Posłuchaj prezentacji płyty w naszym sklepie
Andrzej Dorobek
Pimmon "Orchestra del Arrurruz" Staalplaat
Pimmon to nowa, wielce obiecująca twarz na polu eksperymentalnej elektroniki. Jako że jest to kolejna edycja nowej serii zainicjowanej niedawno przez holenderski Staalplaat, pudełko wyściełane jest sztuczną trawą, a sam krążek wytłoczono na zielonym, przezroczystym plastiku ozdobionym na awersie cienkim filcem. Ciepły kolor koresponduje trafnie z zawartością krążka, będącego wypadkową działań Oval i Microstorii, tyle że bardziej abstrakcyjną (jeśli to w ogóle możliwe), a przede wszystkim bardziej zróżnicowaną brzmieniowo.
Pimmon posuwa jeszcze dalej nieokreśloną estetykę przypadku. Wprawdzie nie wiadomo mi nic o konceptualnej stronie jego twórczości, jednak Tej płyty nie powstydziłby się sam Markus Popp, gdyby chciał dalej rozwijać swój projekt. Na siedmiu utworach połączonych w jedną całość znajdziemy to, co w delikatnej, abstrakcyjnej elektronice najlepsze: szczątkowe harmonie, wpędzające w melancholijny nastrój, całą gamę przednich przesterów, przetasowań i innych form nadużywania możliwości komputerowego oprogramowania. O ile pierwsze i ostatnie tracki ukazują jak brzmiałby Brian Eno, gdyby nastawił na maksa pokrętła w swoich konsoletach i efektach za milion dolarów (niestety Eno poprzestał na pseudo-ambitnych odcieniach popu dla sentymentalnych, siwiejących rockofilów w rodzaju Grzegorza Brzozowicza, czy Wiesława Weissa), o tyle środkowa część (utwór "Tenner a Mar Callado), to Eno jakiego nigdy nie słyszeliśmy i słyszeć nie będziemy: trzeszczący, zgrzytliwy, poszatkowany, cyfrowy aż do bólu, a jednak wciąż ambientowy.
Balansowanie pomiędzy lekko absorbującym ambientem a zdecydowanie absorbującycm nie-ambientem udaje się Pimmonowi znakomicie. Melodie (w atrofii, lecz zawsze), nie kalają uszu tandetą brzmień. Tradycja (odniesienie do Eno nieprzypadkowe) łączy się tu wspaniale z nowoczesnością, dając zupełnie nowy efekt. "Music for Airports" rozrzedzone i okraszone wybornym szumem dałoby być może właśnie taki efekt. Surfowanie po elektronicznych bezdrożach zawiodło wielu na mielizny i stylistyczne płycizny. Pimmon złapał doskonałą falę, a jego "Orchestra del Arrurruz" jest dla mnie kandydatem na płytę roku 2001. Must have!
Kamil Antosiewicz
Le Plastique Mystification Group "In The Land of Melancholy" Obuh 2000
Współpraca między kultowa wytwórnią OBUH Rec. a niezależną pracownią artystyczną Kundalini Rec. Studio, prowadzoną przez członków znanego w Polsce Lwowskiego zespołu "Le Plastique Mystification", przyniosła na koniec roku 2000 długo oczekiwany owoc- płytę pod tytułem "In The Land of Melancholy" - 13 płyta (zgodnie z dyskografią) tej formacji.
Duże wrażenie wywiera okładka. Trzystronny digipack - demonstracja kreatywnych możliwości członków zespołu (Le PM art. Design Group), którzy znakomicie spełniają się jako artyści malarze. Na stronie tytułowej możemy zobaczyć obraz namalowany przez znanego artystę-surrealistę, malarza i poety ze Lwowa, (w jakimś sensie "Lwowskiego Witkacego") Włodzimierza Boguna- bliskiego przyjaciela zespołu, któremu dedykowana jest ta płyta, i który tragicznie zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w końcu lat 80-ch.
"...Jego twórczość była manifestacją smutku z powodu nietrwałości życia człowieka, ale on nie bał się otwarcie mówić o śmierci z powodu swojej głębokiej intuicyjnej wiary w nieśmiertelność ducha. Życie i śmierć były tylko materiałem, z którego on tworzył swoje mistyczne wizje..."- Mówi Włodek Surmacz w swoich wspomnieniach o artyście i przyjacielu.
W sensie muzycznym płyta jest artystyczną wypowiedzią w tradycjach post-modernizmu. Eklektyczna stylistyka, długie cytaty wyłowione z historycznego kontekstu, oraz logiczna ogólna koncepcja, która łączy ten różnorodny materiał w całość- długa wędrówka przez świat dźwięków i emocji, czasem dość smutnych, ale szczerych i głębokich. No i oprócz tego istnieje jeszcze jedna wartość w sztuce, o której niestety zapomniano na przełomie milenium- to taka prosta i banalna rzecz - piękno, którego tak tragicznie brakuje we współczesnej muzyce, lecz tu jest spora dawka jako antidotum przeciw "pogrubieniu" (korpulencji) duszy. Nic dziwnego, że ta płyta została wydana w rodzimym OBUH'u, ponieważ muzyka którą słyszymy na "In The Land Of Melancholy" wprowadza w stan który jest bardzo bliski do tego, co kiedyś przeżywałem słuchając "Muzykę której Świat Nie Widzi" Za Siódmą Górą i inne rzeczy, które powstały w skutek działalności Wojcka Czerna muzyka i poety.
Dla mnie ta płyta jest jak książka, która łączy w sobie kilka opowieści, wierszy poetyckich, zdjęcia otoczenia i prywatne rysunki. Ale jest całością, którą przenika jedyna idea- odtworzenie i przeżycie gamy uczuć, powiązanych ze smutkiem i melancholią, za granicą, których otwierają się drzwi do mistycznego i nieśmiertelnego świata ducha. Manifestacją tego stanu jest piąty utwór pod tytułem "The Book Of Wind", wspólne dzieło, które powstało jako skutek współpracy Włodka i Aleksandry z Olleck'em NGL (ex DeVian) i Sebastianem Madejskim (Beltaine).
Ale lepiej zacząć od początku...
Pierwszy utwór na płycie "The Planet Of Obscurity" organicznie związany z następnym "Farewell Song", to właśnie smutna opowieść o ignorancji i brutalności tego świata i o pożegnaniu z tym światem jako synonimem zła. Trzeba zaakcentować nieocenione wsparcie muzyków ze Lwowskiego alternatywnego środowiska- wirtuozerska akustyczna gitara Valerja Lutchko, neurotyczne, krzyczące solówki saksofonu Yurja Yaremczuka, żywe bębny Artura "Transcendentic", pulsujący "dół"w wykonaniu Natan'a "Givi" Europetsu..(Syntezator).
Na początku wybrzmiewa głos czarnego "preatcher'a" z Londyńskiego "Speakers Corner" dalej można usłyszeć głosy z historycznego archiwalnego nagrania z procesu sądowego w Norymberdze. Te głosy słychać na początku gitarowego utworu "Farewell Song" autorstwa Walerja. I właśnie za pomocą takich środków powstaje atmosfera uwypuklona w tytule utworu. Podstawowe "tracki" tych dwóch kompozycji nagrane były w Lwowskim studio nagraniowym na analogowym sprzęcie.
Alienation - (to poetycki utwór oparty na wierszu Kaszmir, poetki i artystki z zespolu "Arc. Lovers", wiersz ten ona podarowała Le Plastique Mistification). Jest to udane połączenie różnych gatunków muzyki - elektro - akustycznej i psycho - ambient. Doskonała solówka (smyczkiem na kontrabasie) O. Pavucka, oraz harmonijka ustna Marii Zacharowej wspólnie z gitarą Włodka (slide glissando), powodują chłodną atmosferę samotności i tajemnicy, nad którą panuje mistyczny i zdystansowany głos Aleksandry. Wśród dźwięków, jakby z innego świata jest cytat, który wywarł na mnie piorunujące wrażenie - to stary fortepian połączony z głosem solisty operowego (ojca Włodka który był tenorem dramatycznym we Lwowskiej operze w powojennym okresie) nagrany ze starej płyty analogowej na rentgenowskim filmie(!).
"Snow Coming Down"- to jeszcze jeden utwór nagrany we Lwowie przy współudziale muzyków z alternatywnego środowiska Lwowskiego. Piosenka na " 3" - walc retro utrzymany w klimacie N. Cave;a i L.Cohena.
"Rapture Aweking" - czwarty utwór na płycie - ambient łączący w sobie muzykę konkretną ("wirujący pociąg, tybetańskie dzwony...i jeszcze kilka nie zidentyfikowanych dźwięków, wydobytych m.in. przy pomocy syntezatora Moog) przeznaczoną
głównie dla tzw. "wyrobionego" słuchacza.
"The Book of Wind" - Księga Wiatru - świetna aranżacja (ambient environment), w tle głosy angielskie, francuskie a na pierwszym planie śpiew i melorecytacja Aleksandry, przeplatane atakami syntezatora Ollecka NGL i unikalnym głosem Sebastiana Madejskiego, który brzmi jak osobny instrument.
Mistyczna introdukcja "The Touch of Emptiness" o przezroczystym i łagodnym brzmieniu to jakby fragment jakiegoś większego utworu którego twórcą i kreatorem jest bardzo ciekawa postać w LPM, O.Pavuck (Wadim), grający na keyboardzie, flecie prostym, gitarze, kontrabasie. Spod jego ręki takoż wyszła następna kompozycja "Ambient Song for Piano", będąca próbą nawiązania do minimalizmu w najlepszych tradycjach tego gatunku.
Na osobną uwagę zasługuje utwór ósmy "The Sky of Hell" - smutna i niepokojąca kompozycja Aleksandry do wiersza Włodka Surmacza "Niebo piekła" z lat 80-tych. Tu wyraźnie ujawnia się charakterystyczny styl i brzmienie zespołu, określany jako psychodeliczny ambient z elementami muzyki konkretnej. Przypomina to poszukiwania takich zespołów i twórców z okresu lat 70, jak "King Crimson", "Can", Frank Zappa, Brian Eno, Arthur Brown, Japan, wszyscy oni są na listach ulubionych zespołów muzyków z Le Plastique Mystification, ale środki muzyczne wykorzystane przez Le Plastique Mystification różnią się od tamtych czasów (loopy, sample, kolaże dźwiękowe itp.) i jak najbardziej utrzymane w konwencji muzycznej trzeciego tysiąclecia.
Moim zdaniem zespól ma mocne podstawy do rozbudowy aranżacji w tradycjach współczesnej muzyki poważnej..
Nawiązując do innych projektów grupy- na przykład "The Art. of Dying", "Architecture" i "What is The Naked Poetry?" zdecydowanie bardziej, niż "In The Land of Melancholy", łączą elementy muzyki dodekafonicznej, atonalnej, polifonicznej i arytmicznej, co jest logicznym skutkiem zafascynowania twórczością Varese, Zorna, Ksenakis'a, Feldmann'a, Góreckiego, Szostakowicza, Stockhausen'a, i Cage'a.
Wystarczy tylko posłuchać występy zespołu na żywo (np. koncert w CSW, Laboratorium (Warszawa), z prowokacyjnym, konceptualnym performance'm jednego z "ojców" Nagiej Poezji- profesora socjologii i antropologii Wiedeńskiego Uniwersytetu - Włodzimierza Jaremenko-Tolstoj'ego, czy też występ na festiwalu "Muzyka W Krajobrazie 2000" w Nowym Sączu)
Na temat takiej różnicy, a raczej takiego szerokiego zakresu materiału muzycznego "konstruowanego" przez zespól "Le Plastique Mystification" Włodek Surmacz wyjaśnia:" te dwa gatunki pracy można porównać z działalnością teatralną i produkcja filmową (multimedialną). Jesteśmy artystami i kiedy występujemy na żywo staramy się tworzyć spektakl teatralny, gdzie jest miejsce dla improwizacji, ale najważniejszy jest kontakt z publicznością. Ale kiedy pracujemy u siebie w studiu i tworzymy przestrzenie dźwiękowe, kolaże i obrazy, które niestety nigdy nie mogą zaistnieć na żywo, tak jak współczesny film "science fiction" - gdzie każdą scena jest dokładnie wymyślona i nagrana w dziesiątkach, a czasem setkach wersji, z których będzie wybrana najlepsza.... Niestety cos takiego nie może zaistnieć na żywo- to po prostu dwa różne rodzaje sztuki- teatr i kino, które łączy tylko obecność aktorów..."
Kompozycja "Ambient Loop" powstała spontanicznie i przypadkowo na skutek awarii cyfrowych urządzeń wykorzystywanych w Kundalini Rec.Studio, ponieważ podstawowy 10-cio minutowy utwór był praktycznie stracony i w ciągu 24 - godzinnej "walki" o odzyskanie materiału powstał zupełnie nowy temat - na płycie pozycja 9.
"Go Insane" - poprzednia wersja umieszczona była na płycie LPM "Stricktly Commercial" jest to melancholijna piosenka skomponowana przez Włodka Surmacza, Natan"Givi" Europetsu stworzył partie fortepianu, Aleksandra dograła linie harmonijki ustnej a Wadim partie basu.
W mojej opinii jest to piosenka przypominająca stare dobre czasy "Children of God" grupy Swans.
Tomasz Trąbiński
Zobacz prezentację płyty (wraz z dźwiękami) w naszym sklepie
Pluramon "Pick Up Canyon" Mille Plateaux/Sound Improvement
Pluramon = Marcus Schmickler, znany z nagrań jako Wabi Sabi, a także współpracownik Kontakta i wreszcie autor kilku płyt wydanych pod swoim nazwiskiem przez francuską Odd Size. Pluramon jest kolejnym projektem w bogatym dorobku Marcusa, który sięga tym razem do samych korzeni niemieckiego grania (no, grania drugiej połowy XX w.).
"Pick Up Canyon" nie jest bezmyślnym nawiązaniem do germańskiej, powojennej rockowej tradycji. Schmickler atmosferę lat 60-70 ubiera w nowe szaty - nasyca ją pulsującymi szumami, ciepłymi dronami i miękkimi przestrzeniami. Czasem wydaje się, że to Oval zatrudnił do pomocy Holgera Czukaya. Rytm stanowiący przeciwwagę dla elektroakustycznego preparu nie jest jednak namacalny: pojawia się dokładnie wtedy, kiedy trzeba. Schmickler sprawdza wielokrotnie wrażliwość słuchacza na wahania amplitud - wymaga od nas stałej koncentracji. Fajna, głęboka płyta, która szybko się nie znudzi.
Kamil Antosiewicz
zob. prezentacja "Pick Up Canyon" na stronie Sound Improvement
Genesis P. Orridge & Psychic TV "Pagan Day" Cleopatra 1994
Na tej płycie (której pełny tytuł brzmi "25 December 1984-A Pagan Day (Pages From A Notebook)") The Velvet Underground miesza się z Tuxedomoon - automaty perkusyjne nakreślają ramy rytmiczne dla partii gitar akustycznych i elektrycznych, gdzieniegdzie słychać klawisz. To jedna z najcieplejszych płyt PTV, pozbawiona dusznej atmosfery "Themes 3", czy podniosłości "Dreams Less Sweet". Nie ma tu również zbyt wiele elektroniki - dominuje raczej elektryczna estetyka lat 60. Te piosenki-nie-piosenki, nagrane na kiepskim sprzęcie, marnie zrealizowane i brzmiące jak odkurzone, stare amatorskie nagrania znalezione za szafą, mają swój ogromny urok. G. P. O. śpiewa, choć w rzeczywistości nie umie śpiewać i gra na gitarze tak, jakby próbował ululać do snu zmarznięte towarzystwo przy ognisku nie umiejąc grać. Mimo to bardzo lubię tę płytę - uważam ją za jedną z lepszych w ich dorobku. Nikt nie sili się tu na tanie eksperymentatorstwo, nie ma tu natrętnych beatów a każdy kolejny kawałek jest bardziej sentymentalny od poprzedniego. Reedycja kompaktowa zawiera dwa nie wydane wcześniej nagrania.
Kamil Antosiewicz
Pure "Low" Staalplaat
Pierwsza długogrająca płyta z "materiałowej" serii holenderskiego Staalplaatu. W plastikowym pudełku mieści się siatka z miedzianego drutu. Sam krążek lśni połyskuje metalicznie w słonecznym świetle. "Low" jest ostatnim wydawnictwem w karierze Pure; artysty, który od 1992r. eksperymentuje z dźwiękiem. Ma on na swoim koncie kilkanaście płyt, wydawanych pod rozmaitymi pseudonimami. Pod szyldem Pure nagrywał m.in. dla austriackich wytwórni Mego i Rhiz.
Niniejszy album zawiera 4 długie kompozycje nawiązujące do tradycji minimal music. Każdy z kawałków wyprodukowano najpewniej przy pomocy komputera, lub generatora fal sinusoidalnych. Żaden z nich nie zawiera rytmu ani melodii. Pozornie, czyste sinusoidy, których brzmienia dobrze znamy. Lecz jak na współczesną wersję minimal music przystało, pod pozornym bezruchem musi się coś czaić, gdyż słuchanie w kółko tej samej częstotliwości byłoby zbyt nużące. Poszczególne kompozycje ewoluują zatem w żółwim tempie. Kolejne częstotliwości dochodzą, inne się wycofują a do naszych uszu dociera subtelna gra alikwot i nakładających się dudnień. Tu i ówdzie wyłaniają się elektroniczne trzaski, skwierczenia i delikatne piski. Gdyby nie czysto elektroniczny charakter jego muzyki, Pure mógłby znaleźć się w tej samej niszy, co francuski kompozytor Alvin Lucier i jego płyta "Music On A Long Thin Wire". A tak mamy współczesną, komputerową wersję minimalu. Pozycja dla wszystkich, których jeden dźwięk nie nudzi po minucie.
Kamil Antosiewicz
prześlij swoją recenzję :::: recenzje @ terra soundtralis incognita ::::